— A co? nie mówiłem? — wykrzyknął Planchet. — Byłem tego pewny! przeklęty list!
— Nie bój się, głupcze, idzie tu po prostu o przejażdżkę dla przyjemności.
— Zapewne! tak, jak tamta, gdzie kule gradem padały, a pułapki wyrastały z pod ziemi!...
— Zresztą, jeżeli tchórzysz, panie Planchecie — przerwał mu d’Artagnan — obejdę się bez ciebie; wolę podróżować sam, aniżeli mieć towarzysza, który trzęsie się ze strachu.
— Pan mi ubliża — rzekł Planchet — a o ile mi się zdaje, widział mnie pan w gorących wypadkach.
— Widziałem, lecz sądziłem, iż za jednym razem wyszafowałeś całą swoją odwagę.
— Zobaczy pan, że znajdzie się ona jeszcze w potrzebie; ale proszę pana, nie trwoń jej zbytecznie, jeżeli pan chce, aby wystarczyła na dłużej.
— A jak myślisz, czy masz jej jakikolwiek zapasik na dzisiejszy wieczór?
— Spodziewam się.
— A zatem liczę na ciebie.