Trudno nam zataić, co prawda, iż kołysanie się drzew olbrzymich, łamanie się światła księżycowego w gęstych i ciemnych zaroślach wprawiało go w niemały niepokój.
Spostrzegł to d’Artagnan, że coś dziwnego dzieje się z jego pachołkiem.
— A co?... mości Planchecie — zapytał — co się dzieje z tobą?
— Czy pan nie uważa, iż te drzewa podobne są do kościołów ogromnych?
— A to dla czego?
— Bo pod ich sklepieniem, jak i w kościele, człowiek nie ma śmiałości odezwać się głośno.
— Czy dlatego, że strach cię przejmuje, Planchecie?
— Tak, panie, strach, aby kto nie usłyszał.
— Czemu? rozmowa nasza jest przecie pobożna, drogi Planchecie, nikt by jej nie mógł nic zarzucić.
— A! panie! — odrzekł Planchet, powracając do swej myśli zasadniczej — ten Bonacieux ma coś ponurego w oczach i wstrętnego w poruszeniu ust!