— Przepraszam — odezwał się d’Artagnan, głowę z pod pachy mu wysadzając — ale śpieszy mi się bardzo, biegnę za pewną osobą i...
— Dobrze, że biegniesz, ale czy nie zapomniałeś wziąć z sobą oczu? — zapytał Porthos.
— Nie — odparł urażony d’Artagnan — i dlatego widzę nawet to, czego inni nie widzą.
Czy zrozumiał Porthos przymówkę, czy też nie, dość, że wpadł w gniew wściekły.
— Mój panie — rzekł doń — skórę podrzesz na sobie, jeżeli o muszkieterów tak się będziesz ocierał.
— Tego, mój panie, zanadto — odparł d’Artagnan.
— W sam raz dosyć, jak na człowieka, przywykłego patrzeć nieprzyjaciołom w oczy.
— O! do licha, aż nazbyt pewien jestem, że i do swoich nie stajesz pan plecami.
I zachwycony tym dowcipem szedł w dalszą drogę, śmiejąc się na całe gardło.
Porthos, pieniąc się ze złości, poskoczył za nim.