— Więc?
— Pan Porthos dał nam list do owej księżnej i kazał wrzucić go do skrzynki pocztowej. Pachołka jego jeszcze nie było. Ponieważ nie wychodził z pokoju, zmuszony był obarczać nas swojemi zleceniami.
— Cóż dalej?
— Zamiast wrzucić ów list do skrzynki, co niezbyt pewne bywa, skorzystałem z tego, że jeden z moich posługaczy jechał do Paryża i rozkazałem wręczyć bilecik samej księżnej. Było to spełnieniem życzeń pana Porthosa, który nam list ten tak polecał; nieprawdaż?
— Niby...
— I czy wie pan, kto jest owa wielka dama?
— Nie, słyszałem o niej tylko od Porthosa.
— Wie pan, kto jest ta niby księżna?
— Mówiłem przecie, że nie znam jej wcale.
— To stara prokuratorowa, niejaka pani Coquenard, mająca lat pięćdziesiąt conajmniej, a udaje jeszcze zazdrosną. Ja od razu się dziwiłem, że jakaś księżniczka mieszka przy ulicy Niedźwiedziej.