— Przeszkadzam ci może, drogi Aramisie, — ciągnął dalej d’Artagnan — bo zapewne spowiadasz się przed tymi panami.
Aramis lekko się zarumienił.
— Ty miałbyś mi przeszkadzać? wcale nie, mój drogi, słowo najświętsze ci daję; a najlepszy dowód, iż czuję się szczęśliwy, widząc cię całego i zdrowego.
— Nareszcie, — pomyślał d’Artagnan — nic jeszcze nie stracone.
— Bo ten pan, który jest moim przyjacielem — kończył Aramis z namaszczeniem, wskazując księżom d’Artagnana — uniknął wielkiego niebezpieczeństwa.
— Wielbij Boga, panie — odpowiedzili tamci, równocześnie chyląc głowy.
— I ja Go wielbię, przewielebni ojcowie — odpowiedział młodzieniec, kiwając głową.
— W porę przychodzisz, drogi d’Artagnanie — odezwał się Aramis — gdyż możesz w rozprawach naszych wyjaśnić niejedną rzecz swojemi światłemi poglądami. Pan rektor z Amiens, szanowny proboszcz z Montididier i ja, rozprawialiśmy nad pewnemi kwestjami teologicznemi, których znaczenie pochłania nasze umysły od dawna; radbym też zdanie twoje usłyszeć.
— Zdanie wojskowego jest pozbawione znaczenia — odrzekł d’Artagnan, doznając niepokoju z takiego obrotu rzeczy — i wierzaj mi, że możesz polegać w zupełności na wiedzy tych panów.
Ci znowu skłonili się równocześnie.