Jestem szlachcicem i krew mam burzliwą, jak to zauważyć mogłeś, drogi d’Artagnanie; obelga była straszna, jakkolwiek nieznana światu, i czułem, jak rozdzierała mi serce w kawały. Oświadczyłem przełożonym moim, że nie czuję się przygotowanym godnie do przyjęcia święcenia, i, na moje żądanie, odłożono ceremonję do roku. Udałem się do najlepszego fechmistrza w Paryżu, zrobiłem z nim umowę o lekcje fechtunku codzień i przez rok cały je brałem. Potem, w rocznicę dnia, kiedy zostałem znieważony, zawiesiłem na kołku sutannę, ubrałem się i jak skończony kawaler i udałem się na bal, który wydawała jedna z przyjaznych mi dam, gdzie wiedziałem, że zastanę mojego jegomościa. Było to przy ulicy Francis-Bourgeois, tuż przy la Force. Rzeczywiście, mój oficerek był tam; podszedłem ku niemu, gdy śpiewał pieśń żałośliwie miłosną, czule spoglądając na jedną z kobiet, i przerwałem mu w samym środku drugiej strofki.
— Mój panie — rzekłem — czy zabronisz mi jeszcze powrócić do pewnego domu przy ulicy Payenne i czy obiłbyś mnie kijem, gdyby mi przyszła fantazja nie być ci posłusznym?
Oficer spojrzał na mnie zdziwiony, a potem rzekł:
— Czego pan chcesz ode mnie, nie znam cię wcale.
— Jestem księżulkiem, który czytuje Żywoty Świętych i tłumaczy Judytę rymami.
— A! a!... przypominam sobie — rzekł drwiąco oficer — czego chcesz ode mnie, mój panie?
— Chcę, byś znalazł chwilkę swobodną na niewielką przechadzkę.
— Jutro z rana i to z całą przyjemnością, jeżeli żądasz.
— Nie jutro rano, lecz natychmiast, jeżeli łaska.
— Kiedy wymagasz koniecznie...