— Twoje własne, jak ten koń, który grzebie ziemię jest mój, a ten, który się wspina, do Athosa należy.
— Niech cię djabli!... wspaniałe bestyjki!...
— Rad jestem, że ci się podobały.
— Czy to od króla ten dar pochodzi?
— Pewno, że nie od kardynała; lecz co masz się głowić, od kogo pochodzą, dość, że jeden z nich należy do ciebie.
— Biorę tego, którego trzyma rudy parobek.
— Pysznie!
— Boże wielki!... — wykrzyknął Aramis — z radości nie czuję bólu; wsiadłbym na tego konia choćby z kulami za skórą. A! co za strzemiona!... Hola! Bazin, chodź tu natychmiast!
Bazin milczący i ponury stanął na progu.
— Szpadę moją do pochwy wpakować, wyprostować kapelusz, płaszcz oczyścić, nabić pistolety! — zawołał Aramis.