— Tak być musi, drogi Aramisie, trzeba, abyś sił nabrał, odpocznij — rzekł — sam pojadę szukać Athosa.
— Tyś człowiek ze spiżu — rzekł doń Aramis.
— Wcale nie, szczęście mi tylko sprzyja; lecz co tu będziesz robił, czekając na mnie? Spodziewam się, że nie glossy o palcach i błogosławieństwach, co?...
Aramis uśmiechnął się.
— Wiersze będę pisał — odparł.
— Zapewne wierszyki, wyperfumowane zapachem, jaki miał liścik służebnej pani de Chevreuse. Naucz Bazina prozodji, to go pocieszy. A co do konia, jeźdź na nim potroszę, to się przyzwyczaisz.
— O! nie troszcz się, zastaniesz mnie gotowego do drogi.
Rozstali się, a w dziesięć minut potem d’Artagnan, poleciwszy Bazinowi i oberżystce przyjaciela, kłusował w kierunku Amiens.
Co się tam dzieje z Athosem; może nie znajdzie go wcale?...
Pozostawił go w okolicznościach bardzo krytycznych. Athos mógł być zwyciężony.