— Poznajesz mnie pan? — odezwał się do gospodarza, podchodzącego ku niemu z powitaniem.
— Nie mam tego zaszczytu, jaśnie panie — odparł tenże, olśniony świetnemi końmi d’Artagnana.
— A! więc nie znasz mnie wcale?
— Nie, jaśnie panie.
— No, no, dwa słowa przywrócą ci pamięć. Co zrobiłeś z tym szlachetnym panem, któremu przed dwoma tygodniami miałeś tyle czelności zarzucić fałszowanie pieniędzy?
Oberżysta zbladł, bo d’Artagnan przybrał postawę jak mógł najgroźniejszą, Planchet zaś naśladował swego pana.
— O! jaśnie panie, nie wspominaj mi o tem — zawołał gospodarz płaczliwym głosem. — Boże wielki! jakże ja błąd mój okupiłem drogo. O! ja nieszczęsny!...
— Czy powiesz mi, czy nie? co się z nim stało?
— Jaśnie panie, zechciej mnie wysłuchać i zmiłuj się nade mną. Racz usiąść, jeżeli łaska!
D’Artagnan, niemy z gniewu i niepokoju, zasiadł groźny, jak sędzia. Planchet wsparł się na poręczy fotela, przybierając postawę wyniosłą.