Athos nawet, uścisnąwszy mu rękę, sam uprzedził jego myśl.
— Okrutnie pijany byłem wczoraj, drogi d‘Artagnanie — rzekł — czuję to dziś jeszcze po kołowatym języku i pulsie przyśpieszonym; założyłbym się, że powiedziałem tysiące niedorzeczności.
To mówiąc, spojrzał bystro na przyjaciela, co tegoż zmieszało mocno.
— Gdzież tam — odparł d‘Artagnan — o ile przypominam sobie, nic nadzwyczajnego nie mówiłeś.
— Zadziwiasz mnie! Zdawało mi się, żem najsmutniejszą historję opowiadał.
I patrzył na młodzieńca, jak gdyby na dno serca zajrzeć mu pragnął.
— Na honor!... — odparł d‘Artagnan — byłem widocznie więcej, niż ty, pijany, skoro nic sobie nie przypominam.
Nie zadowolił się tem Athos i począł:
— Uważałeś zapewne, mój drogi, że ilu jest ludzi, tyle rodzajów pijaństwa, smutnego lub pełnego wesołości; mnie upojenie doprowadza do smutku i niech mi raz tylko zakręci się w głowie, napada mnie manja opowiadania ponurych bajek, która głupia moja mamka wraziła mi w pamięć. To moja wada, wada główna, wyznaję... lecz, pominąwszy ją, dobry ze mnie pijak.
Athos mówił to w sposób tak naturalny, że d‘Artagnan uczuł się zachwiany w swojem przekonaniu.