— Ta kobieta jest pełna tajemnic — myślał d‘Artagnan i gotów był wyjawić jej wszystko. Otworzył już usta, aby wyznać milady kim był, i że przyszedł jedynie dla dogodzenia uczuciu zemsty, lecz ona zaczęła:
— Biedny, drogi aniele, którego ten potwór gaskończyk o mało nie zamordował!
Potwór, to był on właśnie.
— O! najdroższy — ciągnęła milady — czy rany bolą cię jeszcze?
— O tak! bolą okropnie — rzekł d‘Artagnan, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
— Bądź pewny — szepnęła milady — ja cię pomszczę! pomszczę okrutnie.
— Oho! — pomyślał d‘Artagnan — chwila zwierzeń nie nadeszła jeszcze.
Potrzebował czasu, by się uspokoić po tej rozmowie; lecz cała zawziętość, z jaką przyszedł, gdzieś się ulotniła.
Ta kobieta posiadała nad nim władzę zadziwiającą, nienawidził i uwielbiał ją jednocześnie; nie przypuszczał nigdy, aby dwa uczucia tak sprzeczne mieścić się mogły w sercu jednego człowieka i tworzyły razem miłość niepojętą, prawie szatańską.
Wybiła pierwsza po północy; nastąpiła chwila rozłączenia; d‘Artagnan, przy rozstaniu z milady, czuł już tylko żal wielki, a w pożegnaniach namiętnych, powtarzanych bez końca, ułożono schadzkę podobną na przyszły tydzień.