— Jeżeli to pisze kobieta — odezwał się Aramis — i jeżeli pragnie być widziana przez ciebie jedynie, pomyśl, d‘Artagnanie, iż ją kompromitujesz, sprowadzając nas wszystkich, a to niegodne prawdziwego szlachcica.
— Zostaniemy w tyle — rzekł Porthos — on sam zbliży się jedynie.
— Tak, ale strzał z pistoletu może paść z karety bardzo łatwo.
— Ba!... — odparł d‘Artagnan — mam nadzieję, że mnie nie trafi. Wreszcie obstąpimy karetę i zgładzimy ze świata w niej się znajdujących. Zawsze to nieźle, gdy mniej o kilku nieprzyjaciół prześladować nas będzie.
— Ma słuszność — rzekł Porthos — wojna to najmilsza rzecz; trzeba przecie wypróbować broń naszą.
— O tak, zróbmy sobie tę małą uciechę — dodał Aramis tonem słodkim i niedbałym.
— Jak wam się podoba — rzekł Athos.
— Panowie — mówił d‘Artagnan — jest już wpół do piątej, zaledwie wystarcza nam czas do stawienia się na drodze z Chaillot.
— A nadto, gdy zapóźno wyruszymy — dodał Porthos — nikt nas nie zobaczy, a to byłaby wielka szkoda. Dalej, panowie, szykujmy się co rychlej.
— Zapomniałeś o drugim liście — odezwał się Athos — zdaje mi się jednak, że pieczęcie wskazują jego ważność i wart przeczytania; co do mnie, oświadczam ci, kochany d‘Artagnanie, że on mnie daleko więcej zajmuje, niż ten mały bilecik, któryś tak czule schował w okolicy serca.