— Pod jakim? — zapytał żołnierz niespokojny, widząc, że to jeszcze nie koniec.
— Oto pójdziesz i wyjmiesz list z kieszeni twego kamrata.
— Ależ, panie!... — zakrzyczał bandyta — chcesz mnie zabić, tylko innym sposobem; jak możesz żądać, abym szedł po list pod ogniem bastjonu?...
— Decyduj się i to szybko, bo klnę się na Boga, zginiesz z mojej ręki!...
— Łaski! panie, litości!... w imię młodej damy, którą kochasz... którą masz za umarłą... a która żyje!... — wołał zbójca, podnosząc się na kolana i podpierając ręką, bo siły go opuszczały wraz z utratą krwi.
— Skąd wiesz o kobiecie, którą kocham, kto ci powiedział, że myślę, iż ona nie żyje?...
— To wszystko jest w liście, który mój towarzysz ma w kieszeni
— Widzisz sam, iż muszę ten list posiąść koniecznie: nie ociągaj się zatem, nie wahaj, bo pomimo odrazy, jaką czuję do zmoczenia mej szpady po raz drugi w podłej krwi twojej, przysięgam na honor uczciwego człowieka...
Przy tych słowach d‘Artagnan uczynił gest tak groźny, że ranny pomimo osłabienia zerwał się na równe nogi.
— Wstrzymaj się pan! wstrzymaj!... — zawołał, nabierając odwagi pod wrażeniem strachu — pójdę już... pójdę!...