D’Artagnan drgnął, jak ukąszony przez żmiję i przeszył wzrokiem gwardzistę, który się wyrwał z tem grubijaństwem.
— O! — ciągnął tenże dalej, zawadjacko pokręcając wąsa — patrz na mnie, ile ci się podoba, mój paniczyku, a ja co powiedziałem, to powiedziałem.
— A ponieważ to, co powiedziałeś, jest jasne aż nadto i nie potrzebuje objaśnień, — odparł d’Artagnan, zniżonym głosem — będę pana prosił, abyś poszedł ze mną.
— Kiedy? — zapytał gwardzista tym samym drwiącym tonem.
— Natychmiast, jeśli łaska.
— Wiesz pan pewno, kim jestem?
— Wcale nie wiem i nie obchodzi mnie to bynajmniej.
— Źle robisz, bo gdybyś znał moje imię, nie śpieszyłbyś tak może.
— Więc jak się pan nazywasz?
— Bernajoux, do usług.