Pan de Busigny podszedł pierwszy do Athosa, uścisnął mu ręce i przyznał, że zakład przegrany. Dragon i Szwajcar podążyli za panem de Busigny, a za nimi wszyscy ich towarzysze.
Nastąpiły powinszowania, uściski rąk, pocałunki do nieskończoności i wybuchy śmiechu niepohamowanego, z powodu niezaradności roszelanów. Nakoniec zgiełk powstał tak okropny, że pan kardynał myślał, iż to bunt chyba; wysłał La Houdinièra, kapitana straży swojej, aby dowiedział się, co to znaczy.
Opowiedziano rzecz całą wysłańcowi z ubarwieniem, jak zwykle, pod wrażeniem uniesienia.
— No, cóż tam takiego? — zapytał kardynał, ujrzawszy La Houdinièra.
— A to, Eminencjo — rzekł tenże — że trzech muszkieterów i jeden gwardzista założyli się z panem de Busigny, iż zjedzą śniadanie w bastjonie Świętego Gerwazego; poszli tam i, jedząc, odpierali nieprzyjaciela przez dwie godziny i natłukli masę ogromną roszelczyków.
— Czy dowiedziałeś się, jak się nazywają ci trzej muszkieterowie?
— Tak, Eminencjo.
— Jakże się nazywają?
— Panowie: Athos, Porthos i Aramis.
— Zawsze ci trzej waleczni!... — mruknął kardynał! — A gwardzista?...