Milady odpychała go niby rączką, lecz wzrokiem wabiła; Felton nie potrzebował już zachęty, trzymał ją w objęciach i błagał jak bóstwo.
— O!... śmierci... śmierci!... — wołała słabym głosem i, przymykając oczy — śmierć przenoszę nad hańbę; Feltonie, bracie, przyjacielu, zaklinam cię!...
— Nie — zawołał Felton — nie, ty będziesz żyła i będziesz pomszczona!
— Feltonie, ja sprowadzam nieszczęście na tych, co mnie otaczają! opuść mnie, Feltonie, pozwól mi umrzeć!
— Umrzemy więc razem! — zawołał, przyciskając usta do ust uwięzionej.
Dało się słyszeć pukanie do drzwi; tym razem milady naprawdę go odepchnęła.
— Czy słyszysz?... — rzekła — ktoś nadchodzi, podsłuchano nas!... już po wszystkiem, jesteśmy zgubieni!
— Nie — rzekł Felton — to straż tylko daje mi znać, że patrol nadchodzi.
— Biegnij zatem i sam otwórz...
Felton usłuchał; zaprzedał już tej kobiecie ciało i duszę.