— Mój drogi — odezwał się Aramis — pomyśl, że pojechał w przeciwną stronę, nie tam, dokąd my się udajemy; że ma konia świeżego, a nasze pomęczone i, co za tem idzie, zabijemy swoje, a jego nie dogonimy. Porzućmy go, d‘Artagnanie, a śpieszmy ratować kobietę.
— Panie! panie!... — wołał chłopiec stajenny, biegnąc za nieznajomym — hola! panie! papier jakiś wyleciał z pańskiego kapelusza!
— Przyjacielu — rzekł d‘Artagnan — pół pistola za ten papier!
— Na uczciwość! proszę pana, oddam z przyjemnością!
Chłopak, uszczęśliwiony z dobrego interesu, powrócił na podwórze oberży; d‘Artagnan rozłożył papier.
— No, cóż tam jest?... — pytali towarzysze, stając koło niego.
— Tylko jedno słowo!... — odparł d‘Artagnan.
— Tak — rzekł Aramis — jest to nazwa wsi lub miasta.
— Armentières — przeczytał Porthos. Armentières, nie znam wcale!
— Nazwa ta jest napisana jej ręką!