Nowicjuszka słuchała pilnie, następnie, widząc, że milady się zatrzymała, rzekła:
— Czy znasz pani szlachcica, nazwiskiem Athos?
Milady zbielała, jak pościel, na której leżała i chociaż umiała panować nad sobą, wydała krzyk dziki, chwyciła za rękę swoją interlokutorkę i przeszyła ją wzrokiem.
— Co pani jest? na Boga! — zapytała biedaczka — czy powiedziałam coś, co cię zraniło?
— Nie, nie, zdziwiło mnie to imię jedynie, bo znałam tego szlachcica i wydało mi się dziwne, że spotykam kogoś, kto go zna także.
— O tak! znam go doskonale, i nie tylko jego, lecz znam jeszcze jego przyjaciół: panów Porthosa i Aramisa!
— Doprawdy? i ja także ich znam! — zawołała milady, uczuwszy chłód w głębi serca.
— Ponieważ ich pani znasz, wiesz zapewne, jacy to zacni i dobrzy koledzy; czemu nie udasz się do nich, kiedy potrzebujesz pomocy?
— To jest... — jąkała milady — nie jestem związana przyjaźnią z żadnym, znam ich z opowiadania jednego z nich przyjaciół, pana d‘Artagnan.
— Znasz pana d‘Artagnan! — krzyknęła nowicjuszka, chwytając milady za rękę.