*

Teraz pozwól, szanowny obywatelu, zapytać się, czy stałeś kiedy dzień cały w polu na wietrze zimowym bez delii272, lisiurki273 albo i płaszcza? — Nie. — Tym lepiej dla ciebie, a gorzej dla mnie, bo nie pojmiesz dobroczynnego uczucia, z którym w Montereau, tysiąc osiemset czternastego po narodzeniu Jezusa Chrystusa, koło szóstej wieczór odpiąłem pałasz, zdjąłem mundur i zasiadłem, gdzie potężny ogień strzelał węglem i lizał płomieniem szerokie podniebienie komina. Już patelnia zaczęła swoją służbę. Już omlet na niej kozła wywracał, tak jest, kozła — i w tym cała sztuka — a ta sztuka właśnie była niedościgniętym dla mnie zadaniem. Kiedy omlet, zajmujący całe dno patelni, przysmaży się już dostatecznie z jednej strony, trzeba go w górę podrzucić i gdy robi saltum mortale274, podłożyć zręcznie patelnię, aby drugim bokiem upadł na skwierczące masło. Ileż to ja omletów nie popsułem! Ileż za to gorzkich nie nasłuchałem się wyrzutów! Mój omlet, niezgrabnie zawsze podrzucony, albo spadał na ogień i konał w płomieniach, jak wdowa Malabaru275, albo wpół schwycony zwijał się w haniebną trąbkę. Dlatego pomimo wszelkich z mojej strony reklamacji (bo człowiek najgorliwiej chce to robić, co najmniej umie), zostałem unaminiter276 od patelni odsądzony. Mściłem się, krytykując — bo krytykować łatwo, a mścić się przyjemnie, bo zemsta niezdolności bliska krewniaczka.

Podjadłszy nieco i napiwszy się jakiegoś kwaśno-cierpkiego czerwieniaka277, rozciągnąłem się na słomie i smacznie zasnąłem. Jak długo spałem, nie wiem. Pukanie w okno budzi mnie pierwszego. — „Qui vive?” — „Guide”. — „Zjedzże diabła!” — Podniosły się głowy spod płaszczów jak kacze łebki na jeziorku, kiedy bliski szmer zasłyszą. Biorę złowieszczą kartkę, trącam nogą przygasłą kłodę, a dobywszy z niej trochę blasku, schylam się, by odczytać nazwiska powołanych na służbę. Jedno z pierwszych: „capitaine Fredro”. — „C’est bien278 — rzekłem do guida po francusku, a po polsku dodałem: „Niech cię piorun trzaśnie!”. Trzaśnie czy nie trzaśnie i zapewne nie trzaśnie, bo to luty, ale zbierać się trzeba. Nigdy zając albo jarząbek na czwartkowym obiedzie u króla Poniatowskiego279 nie był tak młodą słoniną naszpikowany, jak był diabłami mój monolog tej nocy. Zakończyłem go wykrzyknikiem: Wolałbym być Kundlem, Brysiem albo Kurtą przy młynie albo karczmie gdzie na Podolu, jak oficerem sztabowym. Miałbym albo mniej trudu, albo więcej zasługi.

Przychodzę do salonu służbowego, melduję się adiutantowi komendantowi, przewracam, nie tracąc czasu, krzesło, tak aby poręcz mogła mi służyć za poduszkę... i obróciwszy się parę razy w kółko, jak pies, co sobie legowisko wytłacza w barłogu, kładę się jak długi. Streckt die Glieder, und legt sich nieder280. Ale wkrótce drzwi się otwierają: „Premier Officier à marcher!” — „Me voilà281. Wchodzę do gabinetu. Stół długi na środku — na jednym końcu rozłożona mapa, przy drugim sekretarz Dupuis pisze, Salomon pieczętuje listy. Książę Jego Mość, rozłożywszy poły, grzeje się przy kominku, a zobaczywszy mnie, powiada przez nos, jak gdyby mu go trzy par babskich okularów ściskało: „Ah! c’est Vous!282 Ale gdybym był go się zapytał, kto jest ten „Vous”, byłby odpowiedział niezawodnie: „Siukoroski”, co miało znaczyć Suchorzewski. Nauczył się tego trudnego nazwiska, a raz zrobiwszy ce tour de force283, chrzcił nim potem wszystkich polskich oficerów będących przy jego sztabie.

Książę przystąpił do stołu i pokazując palcem na mapie, rzekł do mnie: „Tu jesteśmy: Montereau — tu jest Moret — a tu Fontainebleau. Weźmiesz waćpan trzy ekspedycje. Jedną oddasz jenerałowi A*** w Moret, drugą jenerałowi C*** w Fontainebleau, trzecią tamże mairowi, alias burmistrzowi. Ale ponieważ lewy brzeg Sekwany między Montereau a Moret jest jeszcze zajęty przez nieprzyjaciela, zatem popłyniesz waćpan czółnem aż poniżej Moret. Tam doszedłszy, jenerał A*** ułatwi waćpanu sposób dostania się dalej. Ten jegomość będzie waćpanu przewodniczył”. Rzuciłem okiem w stronę wskazaną i zobaczyłem człowieka wysokiego, grubego, w którym po jego siwym ubiorze łatwo mielnika poznałem. Skłonił on się nisko, nie wiem, czy indeksowi284 książęcemu, czy mojemu badawczemu wejrzeniu. — „Rozumiesz waćpan?” — mówił dalej Książę do mnie. — „Rozumiem”. — „Powtórz więc, co powiedziałem”. — A gdy powtórzyłem: — „C’est bien, partez!285 — Nie ma lepszej rękojmi, że rozkaz został zrozumiany, jak powtórzenie go dosłowne przez odbierającą osobę. Książę miał ten chwalebny zwyczaj, zachowywał go święcie, zwłaszcza w czasie boju, dając ustne zlecenia. Teraz, w czasach, kiedy pletę moje trzy po trzy, mój dojeżdżacz powtarza zawsze rozkaz, skąd ma psy puścić i którędy podkładać, a ja mu powiadam: „C’est bien, partez!

Nie wyszło kwadransa, już kładłem się wzdłuż czółna na skąpo rozścielonej słomie. — „Etes Vous bien, mon Officier?286 — zapytał grubulo. — „Parfaitement — odpowiedziałem. — Allons! Vogue la galère287. — Noc była ciemna, zefir chłodny, sparłem głowę na kułaku, pałaszem się przykryłem, a kapelusz wziąłem w rękę... kapelusz stosowany, piękny wynalazek!... szczególnie do nocy i na czółno! O czemuż ciebie nie miałem w objęciu, mój ty płaszczu biały! Treny nad utratą twoją przeszlę kiedyś potomności trzynastosylabowym wierszem! Oby mogły dojść drugiego pokolenia! Mniej żaden poeta nie żąda. Mój przewodnik usiadł w moich nogach — a dwieście pewnie funtów288 dobrej wagi zachwiało czółnem, ale stało się dla mnie dostatecznym parapetem przeciw frontowemu ewentualnie natarciu. Na samym zaś przodzie ukląkł majtek, czyli rybak, czy jak tam nazwać indywiduum dzierżące wiosło.

Odepchnął łódkę, puścił z biegiem wody

Rybak młody etc.

Płynęliśmy. Z mojego stanowiska, a raczej położenia, bo nie stałem, ale leżałem do góry brzuchem, mogłem do woli robić astronomiczne postrzeżenia. Patrzałem na gwiazdy. Mrugały. Nie wiem, czy przez to chciały powiedzieć: „Ah! c’est Vous, Siukoroski!”, czyli też może z utrudzenia, że zawsze muszą patrzeć, a nigdy na coś dobrego. Albo też mrugały jak człowiek, który postrzegłszy coś niespodziewanego, nie dowierza oczom swoim. — Tak jest, gwiazdy moje — zawołałem w myśli — ja to jestem, przy głównym sztabie Wielkiej Armii, ja, który zawsze stroniłem od sztabów, ugrzązłem w najnieznośniejszym. Przy każdym sztabie mniej więcej trzeba nadskakiwać, dworować, czapką i papką ujmować, a czasem, mospanie289, i buty uszyć komu. Trzeba swoje zalety kłaść w każde ucho, jakie się nastręczy, duże czy małe, pod hełmem czy pod kornetem — a uszy podadzą pamięci, pamięć rozumowi i rozum uwierzy, bo powie: „Vox populi, vox Dei290. Ja tego wszystkiego nigdy nie umiałem. Moje miejsce było w linii. Los mnie czasem naprzód wypchnął, a jeden Bóg tylko wie, do ilu cierpień duszy bywało nieraz powodem to, co gmin szczęściem nazywał, czego mi nieraz zazdrościł. Ile to goryczy nie wlało w serce moje. I tak wcześnie! I tak późno!

Zostaw, panie szlachcicu, twoje czoło na domowym zapiecku, kup sobie, wstępując w świat, inne, miedziane291, dobrze wytarte... Wierz mi, nieźle na tym wyjdziesz. „Wiem”, wielkie słowo, powtarzaj, śmiało. Mądry ci uwierzy, bo u niego wiedza nic dziwnego. Głupi nie zaprzeczy, bo sam nic nie wie. A nim okoliczności obnażą cię z cudzych piórek, już wtenczas stać będziesz tak wysoko, że od twojej nagości oczy tylko odwracać będą. Jedni ze wstydu, że się na niej wcześniej nie poznali, drudzy, że z niej korzystać zechcą, a reszta, że się lękać będzie Akteona292 losu. Możnemu na psich pyskach nigdy nie braknie.