— Pociągnąłem za język żołnierzy, wygadali.

— Ha zbój! — targnął się Postułka.

— Albo to tylko ta jedna kula była na świecie, którą on wystrzelił — rzekł Tabor.

Przez chwilę obaj milczeli.

— Swojemu nie żal ustąpić — odezwał się handlarz — ale nie takiemu kałmukowi, co z końca świata przypędzony, zamiast iść do domu, ludziom chleb wydziera nawet wtedy, gdy go sam nie zje. Czy my jemu na Podole włazimy? Czy my kiedy powiedzieliśmy: pojedziemy tam zakładać pasieki? A gdybyśmy pojechali, on by nas wygnał, on by krzyczał, co to jego ojczyzna. Jego ojczyzna wszędzie, gdzie on postawi swoje korytko. Wiecie, on będzie zbożem handlował.

— Ma pieniądze?

— Nie nakradł nam towaru? Mówi, że z głodu nie umrze, dopóki Postułka żyje.

— Razem nie umrzemy — rzekł posępnie kontrabandzista, wstając z murawy i idąc z Taborem do wsi. — Co on teraz robi?

— Dniem i nocą płot grodzi. I w święta... Myślisz, że on chrześcijan? Heide. U księdza się spowiada, a dyabła się radzi. Śpiewa jakieś czarnoksięstwa, co rano ziemię całuje. On nam nieszczęście na wieś sprowadzi. Wczoraj w nocy stał w ogrodzie i do księżyca coś gadał.

Poszli. I tym razem widział ich z okna swej wzniesionej na górce chaty Capenko, ale co oni jego już wtedy obchodzić mogli? Cały teraz zajęty swojem gospodarstwem, olśniony nadzieją szczęśliwej przyszłości, o niej tylko myślał.