— Oj, oj, jaki pan — drwił Tabor — rubla za sztuczkę po 30 centów łokieć! Daj kopiejkę!
— Nie chcesz pan, to ja darmo mieć będę, a pan jeszcze karę zapłacisz.
— Weź pan, weź — namawiała panna Hortensya.
— Juści wezmę, bo co mam ze zbójem robić — rzekł rozgniewany Tabor i wyszedł.
Gdyby Capenko był przez okno dostrzegł, że jego przeciwnik udał się do kapitana, byłby w słodkich chwilach rozkosznego sam-na-sam z panną Hortensyą poczuł gorzką kroplę niepokoju. Ale on, uśmierzywszy gniew kilkoma przekleństwami, zatopił się w własnym wylewie miłości do panny Hortensyi, która, nie licząc innych względów, w zadowoleniu jej prośby i sztuczce perkaliku miała dość powodów do wynagrodzenia go obfitszą niż zwykle łaskawością.
Jakie zamiary narodziły się skrycie w głowie wzburzonego Tabora, z jego martwej, gęsto obrosłej twarzy odgadnąć było trudno. Przyszedłszy wszakże do kapitana, zażądał tylko kartki na przejście granicy.
— Wszystko to dobrze, mój panie Tabor — rzekł kapitan — ale mnie znowu donoszą, że pan najmujesz chłopów, którzy dla ciebie przemycają towary.
— Ja, ja, co czterdzieści lat przeciwzakonnie nie pomyślałem? Panie majorze — jestem chrześcian, żebym moje zbawienie nie doczekał, jeśli kto dowiedzie taki feler w moim charakterze. Czy to nie prowadzę handel, żebym się w kontrabandę bawił? Jak pan major mógł nawet dopuścić taki donos?
— No, ja teraz nic nie dopuszczam, ale ostrzegam, że jak złapię, będzie źle.
— Niech będzie źle, niech mnie pojmą, niech zastrzelą, niech prawo ze mną zrobi, co najbardziej zechce, ja spokojny. Ach, panie majorze, wiem, kto mnie prześladuje — Capenko, chociaż ja na niego dotąd nic nie powiedział.