— Nie pójdziemy do Kanossy? Hę? — zawołał zdaleka.

— Gdzie? — spytał drżący mularz.

— Do Kanosy.

— A długo tam będzie zajęcia?

— Nie pójdziemy — Bismark powiedział wyraźnie.

Krug pochylił głowę, bo zrozumiał, że portyer zamiast nowiny mularskiej przyniósł mu polityczną.

— A nie słyszeliście tam...

— Słyszałem od jednego urzędnika z komory, że to katolikom bardzo się nie podoba.

Objaśnić należy, iż Franz Klotz, jako katolik, mimo swej oficyalnej prawomyślności, był skrytym nieprzyjacielem religijnej polityki księcia Bismarka. Ponieważ zaś w miejscu urzędowania bał się swych pretensyi wyjawiać, do Kruga zaś jako współwyznawcy i przyjaciela miał zaufanie, więc dowiedziawszy się o zapowiedzi kanclerza, postanowił co prędzej oburzeniu swemu otworzyć bezpieczne ujście. Miał on przytem inny, bardziej prywatny cel: co była Kanossa — nie wiedział, słyszał tylko, że za nią katolicy mocno się gniewają; ponieważ zaś był polityczną wyrocznią niższej służby kolejowej, próbował więc, czy czasem mularz...

— Tak, tak, już nie pójdziemy do Kanossy.