— Idź do dworu, poproś starej Jagny, ona zuchelek chleba dla ciebie wyszuka. Toż tam sześciu psów żywią i dla ciebie się znajdzie. Pobiegnij mała i spytaj jej, czy nie ma kwaśnego jabłka z kapusty, bo mi bardzo sucho w gębie.
Po wyjściu dziewczyny stary zapadł w większą maglinę. Narzekał, zdejmował sobie włos z serca, sprzedawał koszyki i częstował Borutę bułkami. Klemens nie mógł znieść tego majaczenia i wysunął się z izby. Przed domem spotkał rymarza, któremu bieda również dokuczać zaczęła.
— No, stuknijmy się łbami i rozbijemy je — rzekł Klemens — bo już niema innej rady.
— Ja idę do landrata, mówią, że rozdaje zapomogi.
— Skądże?
— Z Berlina przysłali.
— Ha, pójdę i ja.
Poszli. Landrat mieszkał o milę drogi. Przed domem jego stała gromada ludzi, wynędzniałych, obszarpanych, drżących od zimna i chwiejących się od głodu. Szeptali oni coś znacząco między sobą. W duszę nowoprzybyłych wstąpiła nadzieja.
— Żeby nie miał dać, toby nas nie wołał — mówiła jakaś kobieta.
— Ale gdzież tyle zboża?