— Papierucha! papierucha! — wołały one ustawicznie.
Skończył się wreszcie ten dziwny pogrzeb.
— Nie płacta małe — krzyknął ojciec — mamy od niej jałoskę.
Dziwnie mi się zrobiło w tej chwili. Doznałem nieopisanego pragnienia pomódz biedakowi, ale chuda sakiewka studencka nie pozwalała na sowite wsparcie. Trudno, co można!
— Przyjmijcie odemnie gospodarzu 10 rubli — rzekłem zakłopotany — tyle tylko wam dać mogę.
Poczciwy Józio nie pozostał obojętnym i on dołożył tyleż do mojej ofiary.
Wieśniak wziął pieniądze, popatrzał na nas zdziwiony, zdjął czapkę; chciał coś przemówić, ale tylko usta mu zadrgały, a z oczu polały się strumienie łez.
Odwróciłem się od tego przykrego widoku. Za nami stał Marcinek.
— Jest oś! — rzekł tryumfująco.
Zanim wieśniak, trzymający w ręce nasze ruble, zdołał przemówić, myśmy juz siedzieli na bryczce i ruszyli do stacyi.