Pozornie uspokoił się, we wnętrzu jego wszakże siedziało jakieś nieuciszone uczucie zestraszenia. Uczucie to bądź trzymało go w zupełnej bezwładności, bądź nastrajało go do gwałtownych uniesień. Chwilami gotów był popełnić szaleństwo, rzucić się na kogoś lub targnąć na siebie, a gdy ochłonął, znowu wpadał w stan lękliwości.
Z takiem usposobieniem wyszedł z biura.
Na rogu jednej z ulic dostrzegł afisz, zapowiadający zgromadzenie współwyznawców partyi demokratycznej na godzinę piątą. Stanął, odczytał papier uważnie, oddalił się wolnym krokiem, wrócił znowu do afisza, popatrzył nań raz jeszcze i pospieszył ku domowi. Spojrzał na zegarek: była godzina czwarta. Służąca, otworzywszy mu drzwi, rzekła:
— Ach, dobrze, że pan już jest...
— Co się stało?
— Dzieci chore, kaszlą, mają gorączkę. Pani zwlekła się z łóżka i płacze...
Rzeczywiście Trinkbier znalazł dwóch chłopców w łóżku z obwiązanemi gardłami, jeden chodził, ale również miał twarz rozpaloną i oczy szklanne; czwarty jedynie biegał żwawo; matka siedziała blada i zasmucona.
— Co im jest? — zapytał.
— Albo ja wiem — odrzekła żona. W mieście panuje dyfteryt, pewnie go dostały.
Dzieci, ujrzawszy ojca, ożywiły się, zaczęły z nim rozmawiać i chwilowo zatarły w sobie znamiona choroby.