— Gdzie tam, moja droga, ty ciągle chorujesz, niedostatek do domu zagląda...
— Ale zato przybędzie piąte dziecko.
— Co! — krzyknął Trinkbier, chwytając się za głowę — Nie żartujesz?
— Nie, Lorenz, nie.
Oniemiał, bo była to nowina niespodziewana, chociaż całkiem naturalna. Długo chodził po pokoju, ciężko wzdychając i szarpiąc podbródek, nareszcie stanął przed żoną.
— Tak — szepnął — Pan Bóg gniewa się na mnie i wskazuje mi drogę poprawy.
— Jaką? — spytała obojętnie kobieta.
— Nie może on błogosławić rodziny, w której mąż modli się inaczej, a żona inaczej.
— O, nie żądaj ode mnie tej ofiary — zawołała boleśnie — nie zmienię mojej religii.
— Ale ja zmienię moją — rzekł z wysiloną stanowczością.