— Ba! — powtórzył teść.
Zamilkli oba.
— Mam kłopot — odezwał się Trinkbier, spuszczając oczy.
— Jeszcze jeden — wtrącił wzgardliwie Kinkel. — Może ci się coś urodziło na boku.
— Postanowiłem zmienić wiarę i przyjąć ewangielicką.
— A to dlaczego?
— Naprzód, ciągnie mnie ku niej przekonanie, a po wtóre trudności służbowe. Katolik musi być zawsze na wylocie, albo wrastać w jedno miejsce.
— Należało to uczynić dawniej, bo ciągle czuć cię polakiem; jeżeli zaś zdecydowałeś się dopiero teraz, nie skacz przez płot do innego ogrodu po cichu, według swego zwyczaju, lecz jawnie i głośno, ażeby widziano i słyszano jak najszerzej i jak najwyżej. Wtedy się opłaci!
— Brak mi odwagi.
— Na rozumny krok jej nie masz, a tam, gdzieby wstrzemiężliwość przystała, masz za wiele. Idź dziś do pastora, a ja tę sprawę rozetrę. Tylko słuchaj, umiarkuj się, bo żadna religia nie wyżywi tylu dzieci, ile ty ich na świat sprowadzisz.