To rzekłszy, odbiegła, wzięła nuty i kłaniając mi się zdaleka, dodała ciszej we drzwiach, puściwszy naprzód swoją towarzyszkę:
— W nagrodę poznam pana z ładną kuzynką.
Wyszła. Bukowski popatrzył długo na mnie, potem w okno, wreszcie rzekł drzącym głosem:
— Nie mam chęci iść do teatru, ale poszedłbym do ciebie.
— Dobrze.
Za chwilę byliśmy na ulicy.
Jako wiele obiecujący krytyk jednego z pism warszawskich i dlatego pobierający aż grosz od wiersza chętnie drukowanych artykułów, mieszkałem do spółki z tyleż obiecującym i tyleż cenionym kolegą w dwu pokoikach na trzecim piętrze, w olbrzymim domu przy ulicy Wielkiej, której nazwa była jedynym zadowoleniem naszej głodnej sławy. Gdym zapalił świecę, spostrzegłem Henryka, stojącego nieruchomie na środku pokoju z oczyma utkwionemi w podłogę.
— Rozbierz się i siadaj — prosiłem.
— Zdjął palto i rzuciwszy się na najbliższe krzesło, zapytał:
— Czy jesteśmy sami?