Niemniej i stan miejski z doby przedrewolucyjnej przygotowany był lepiej od dzisiejszego do tego, aby w chwili stanowczej objawić ducha niepodległości. Sprzyjały temu niektóre ujemne strony dawniejszych rządów. Widzieliśmy, iż stan miejski ówczesny, równie gorliwie jak i dzisiejszy, uganiał się za posadami rządowymi, które były jeszcze liczniejsze. Różnica jednak polegała na tym, że w owej dobie większa część tych posad nie była nadawana i odbierana przez rząd, a wskutek tego podnosiła znaczenie ich posiadaczy, uniezależniając ich od władzy centralnej. Tak więc ta okoliczność, która dziś staje się przyczyną uległości tak wielu osób, wówczas była, przeciwnie, podstawą ich niezależności.

Wszelkie wyjątki, które wytwarzały taki przedział między stanem miejskim a ludem, wytwarzały z pierwszego rodzaj niby arystokracji, ujawniającej dumę i ducha oporu, właściwego prawdziwej arystokracji. Każda z drobnych korporacji, na które podzielony był stan miejski, gorliwie broniła interesów i praw swoich; każdy czuł się jakby na scenie — wprawdzie bardzo małej, lecz jaskrawo oświeconej i otoczonej tą samą gromadką widzów, gotowych do klaskania lub gwizdania.

Sztuka tłumienia cech wszelkiego oporu była wówczas daleko mniej udoskonalona niż dziś, a najpewniejszym środkiem do ujawnienia protestu było sądownictwo. Francja ówczesna była rządzona absolutystycznie w polityce i administracji; lecz w instytucjach sądowych była wolna. Wymiar sprawiedliwości we Francji ówczesnej był powolny, skomplikowany i kosztowny; lecz nie było wówczas w sądach tej służalczości wobec władzy, która jest najgorszą formą sprzedajności. Sędziowie byli nieodwołalni i nie dążyli do awansów. Są to dwa warunki niezbędne dla niepodległości sądu; bo cóż po tym, że sędzia nie ulega przymusowi, skoro można na niego podziałać widokami korzyści?

Wprawdzie władza królewska wyjęła spod jurysdykcji sądów ogólnych prawie wszystkie sprawy, potrącające o interesy rządowe, lecz nie mogła odbierać im prawa przyjmowania skargi wyrażania opinii. Ponieważ zaś język sądowy ówczesny zachował był jeszcze cechy dawnej francuszczyzny, nielubiącej owijać w bawełnę, więc czynności rządowe nie raz bywały piętnowane jako samowolne i despotyczne. Tak więc bezładne mieszanie się sądów do spraw administracyjnych, które było złem, przyczyniało się niekiedy do obrony wolności.

Parlamenty były niezawodnie więcej zajęte sobą niż interesami ogółu. Należy wszakże przyznać, iż w obronie swojej niepodległości często ujawniały odwagę, która udzielała się otoczeniu. Gdy w r. 1770 zamknięto parlament paryski, osoby, wchodzące w jego skład, utraciły stanowisko i władzę, lecz żadna z nich nie uchyliła się przed wolą królewską, przeciwnie, inni sędziowie, np. izby podatków, dobrowolnie solidaryzowali się z członkami parlamentu, nie mniej jak wybitniejsi adwokaci czynni w parlamencie. Wyrzekli się oni tego, co stanowiło źródło ich bogactwa i zaszczytów, i skazali siebie na milczenie raczej niż na stanięcie przed trybunałem znieważonym. Nie znam faktów podnioślejszych w historii ludów wolnych, a jednak działo się to w XVIII w. obok dworu Ludwika XV.

Wiele ze zwyczajów sądowych przeszło do nawyknień narodu. Myśl, że każda sprawa podlegać winna debatom publicznym oraz że na każdą decyzję można złożyć skargę, zostały stamtąd zapożyczone, nie mniej jak przywiązanie do formy. Administracja zapożyczyła wiele z języka i nawyknień sądowych. Król i rada motywują swoje postanowienia nieraz w długich przedmowach. Kolegia administracyjne dawniejszego pochodzenia roztrząsały sprawy publiczne i wysłuchiwały przedstawień osób zainteresowanych.

Tylko lud, a zwłaszcza lud wiejski, pozbawiony był wszelkich sposobów protestu przeciw uciskowi — prócz siły. Poza tym nie było we Francji człowieka, który by nie mógł, o ile by chciał, wstrzymywać się od posłuszeństwa za pomocą wykrętów i protestować, nawet ustępując.

Król przemawiał do narodu tonem raczej dowódcy niż władcy. Ludwik XVI na początku swego panowania mówi w jednym z edyktów: „Dumni jesteśmy z tego, iż rozkazujemy narodowi wielkiemu i szlachetnemu”. Jeden z jego przodków, wyrażając wdzięczność zgromadzeniu stanów za śmiałość ich żądań, powiedział: „Wolimy przemawiać do wolnych niż do niewolników” (fr. Nous aimons mieux parler à des francs qu’à des serfs).

Ludzie XVIII w. nie znali tej namiętności do dobrobytu materialnego, która prowadzi do niewoli, namiętności leniwej i uporczywej, łączącej się często z cnotami domowymi, dopuszczającej uczciwość, lecz nieznoszącej heroizmu, wyrabiającej przyzwoitych ludzi, lecz tchórzliwych obywateli. Francuzi ówcześni lubili wesołość i ubóstwiali rozkosze. Wyższe klasy troszczyły się więcej o ozdobność niż o dogodność życia, więcej dbały o sławę niż o bogactwo. Klasy średnie nie były nigdy oddane wyłącznie gonitwie za dobrobytem; obok pieniędzy uznawały inne wyższe dobra.

Nie należy także mierzyć poniżenia tych ludzi stopniem ich uległości wobec władzy królewskiej. Król budził w nich uczucia, których nie mógł później obudzić najbardziej nieograniczony monarcha w świecie, a które dla nas stały się niezrozumiałe od czasu rewolucji. Ulegając najbardziej samowolnym nakazom władzy, poddawali się nie tylko sile, lecz ulegali i uczuciu poważania, a w ten sposób, przy największej zależności, zachowywali niekiedy swobodę ducha.