Ujrzałem w szafie na tej samej półce puzderko, które już raz widziałem, pełne delikatnego, sinawego proszku podobnego do soli.

— Co to takiego? — spytałem, zbliżając puszkę do ust.

Wydała straszliwy krzyk i rzuciła się ku mnie.

— Brygido — rzekłem — pożegnaj się ze mną. Zabieram to puzderko; zapomnisz o mnie i będziesz żyła, jeżeli chcesz mi oszczędzić morderstwa. Wyjadę jeszcze tej nocy. Nie proszę cię o przebaczenie; choćbyś ty mi przebaczyła, Bóg by mi nie przebaczył. Daj mi ostatni pocałunek.

Schyliłem się i ucałowałem ją w czoło.

— Jeszcze nie! — krzyknęła z rozpaczą.

Odepchnąłem ją na sofę i wypadłem z pokoju.

W trzy godziny później byłem gotów do wyjazdu; konie pocztowe czekały przed domem. Deszcz padał ciągle, wsiadałem do powozu po omacku. Natychmiast pocztylion ruszył; ale równocześnie uczułem parę ramion, które mnie obejmowały, i szloch, który przyklejał mi się do ust.

Była to Brygida. Czyniłem wszystko w świecie, aby ją skłonić do pozostania; krzyknąłem na woźnicę, aby stanął; używałem wszystkich argumentów; przyrzekałem nawet powrócić kiedyś do niej, wówczas gdy czas i podróże wymażą wspomnienie krzywd, jakie jej uczyniłem. Siliłem się dowieść, że to, co było wczoraj, wróci jutro; powtarzałem, że mogę ją uczynić tylko nieszczęśliwą, że wiązać się ze mną znaczy uczynić ze mnie mordercę. Używałem próśb, zaklęć, groźby nawet; odpowiadała tylko jedno:

— Jedziesz, weź mnie z sobą, opuśćmy te strony, opuśćmy przeszłość. Nie możemy żyć tutaj, jedźmy gdzie indziej, gdzie zechcesz; zagrzebmy się w jakimś zakątku. Musimy, musimy znaleźć szczęście, ja w tobie, ty we mnie.