— Mam gorączkę i czuję się bardzo cierpiący.

— Wczoraj wieczór miał się pan lepiej; widziałem pana, o ile mi się zdaje, w Operze.

— Przepraszam, że pana nie poznałem. Mam wolny wstęp do tego teatru i spodziewam się spotkać tam pana jeszcze.

Im baczniej przyglądałem się temu młodemu człowiekowi, pokojowi, domowi, tym mniej czułem się zdolny przystąpić do właściwego przedmiotu odwiedzin. Wczorajsze przypuszczenie, iż Smith mógł mi zaszkodzić w umyśle Brygidy, rozwiało się mimo woli; było w jego twarzy coś szczerego i surowego zarazem, co mnie pociągało i onieśmielało. Stopniowo myśli moje poszły odmiennym biegiem; patrzałem nań uważnie, a miałem wrażenie, że i on również obserwuje mnie z ciekawością.

Mieliśmy obaj po dwadzieścia jeden lat, a jaka różnica! On, przyzwyczajony do życia wykreślonego miarowym dźwiękiem zegara; znający jedynie drogę z ustronnej izdebki do biura mieszczącego się gdzieś kątem w ministerstwie; posyłający matce nawet swoje oszczędności, ową odrobinę uciechy życia, którą każda pracująca ręka ściska tak zazdrośnie; skarżący się na noc cierpień, ponieważ pozbawiała go dnia trudu; mający tylko jedną myśl, jedno szczęście, to jest troskać się o szczęście drugiej istoty, i to od dzieciństwa, od czasu gdy był zdolny unieść ciężar pracy! A ja, co zrobiłem z tym kosztownym, chyżym, nieoszacowanym czasem? czy byłem mężczyzną? Któryż z nas żył?

Wystarczyło nam jedno spojrzenie, aby wyczuć to, co tu piszę na całej stronicy. Oczy nasze spotkały się i nie mogły się rozłączyć. Smith wspomniał o naszej podróży i o kraju, który mieliśmy zwiedzić.

— Kiedy państwo jadą? — spytał.

— Nie wiem; pani Pierson jest cierpiąca i nie wstaje od trzech dni.

— Od trzech dni! — powtórzył z mimowolnym gestem.

— Tak; w czym to pana dziwi?