Zadrżałem na te słowa, jak gdyby je wymówił kto inny, nie ja; rozległy się w całym mym jestestwie niby w napiętej harfie uderzenie wichru, które ma ją zerwać. W tej jednej chwili, serce moje ścisnęło się dwoma latami męki; po czym jako ich następstwo i ich ostatni wyraz stanęła mi przed oczyma teraźniejszość. W jaki sposób oddać podobną boleść? Jednym słowem może dla tych, którzy kochali. Ująłem rękę Brygidy, ona zaś, marząc zapewne we śnie, wymówiła moje imię.

Wstałem i zacząłem chodzić po pokoju: strumień łez puścił mi się z ócz. Wyciągnąłem ramiona, jak gdyby chcąc pochwycić całą tę przeszłość, która mi się wymykała.

— Czy to możliwe? — powtarzałem — jak to! tracę cię? mogę kochać jedynie ciebie. Jak to! odchodzisz? skończone na zawsze? Jak to! ty, moje życie, moja ubóstwiana kochanka, uciekasz ode mnie, już cię nie ujrzę? Nigdy, nigdy! — mówiłem głośno.

Zwracałem się do uśpionej Brygidy, jak gdyby mogła mnie słyszeć:

— Nigdy, nigdy, nie spodziewaj się tego; nigdy się nie zgodzę! I o co chodzi? po co tyle dumy? Czy nie ma już żadnego sposobu naprawienia zniewagi? proszę cię, pomóż mi, zastanówmy się razem. Czy nie przebaczyłaś mi tysiąc razy? Ale ty mnie kochasz, nie będziesz mogła odejść, zabraknie ci odwagi. Cóż chcesz, abyśmy uczynili potem?

Straszliwe, przerażające szaleństwo owładnęło mną nagle: chodziłem tam i z powrotem, wyrzucając bezładne słowa, szukając wkoło siebie jakiegoś morderczego narzędzia. Padłem wreszcie na kolana, bijąc głową o łóżko. Brygida drgnęła; opanowałem się natychmiast.

— Obudzę ją! — szepnąłem drżąc na całym ciele. — Co ty robisz, biedny szaleńcze? Pozwól jej spać do rana; jeszcze jedną noc możesz na nią patrzeć.

Usiadłem z powrotem; w panicznym lęku, aby się Brygida nie obudziła, zaledwie ważyłem się oddychać. Można by rzec, iż serce zastygło we mnie równocześnie z łzami. Czułem w ciele przejmujący chłód; drżałem cały; aby się zmusić do milczenia, powtarzałem sobie: „Patrz na nią, patrz na nią, wolno ci jeszcze”.

Wreszcie zdołałem się uspokoić; łzy spływające po moich licach stały się mniej gorzkie. Po wściekłości następowało rozczulenie. Miałem wrażenie, jakby jakiś żałosny krzyk rozdzierał powietrze; pochyliłem się nad wezgłowiem i zacząłem się przyglądać Brygidzie, jak gdyby po raz ostatni mój dobry anioł szepnął mi, abym wyrył w mej duszy obraz jej drogich rysów!

Jakaż była blada! Długie powieki otoczone sinawym kręgiem błyszczały jeszcze wilgotne od łez; kibić jej, niegdyś tak lekka, uginała się niby pod ciężarem; wychudły i odbarwiony policzek spoczywał na wiotkiej dłoni; czoło zdawało się nosić ślad owego diademu ze skrwawionych cierni, w jaki stroi się rezygnacja. Przypomniałem sobie chatę. Jakaż była młoda pół roku temu! jak wesoła, swobodna, niefrasobliwa! Cóż zrobiłem z tym wszystkim? Zdawało mi się, że nieznajomy głos powtarza mi starą romancę, którą od dawna zapomniałem: