— Słusznie! — wykrzyknąłem, zrywając się — tak, cóż mam robić? dobrze powiedziałeś. Och! Desgenais! jak mnie to wszystko męczy! Czy ciebie nigdy nie znużyło życie, jakie prowadzisz?

— Nie — odparł.

Stałem przed ryciną przedstawiającą Magdalenę na pustyni; mimo woli złożyłem ręce...

— Cóż ty robisz? — spytał Desgenais.

— Gdybym był malarzem — odparłem — i chciał wymalować melancholię, nie przedstawiłbym młodej zadumanej dziewczyny z książką w ręku.

— Co ciebie dziś napadło? — rzekł, śmiejąc się.

— Nie, doprawdy — ciągnąłem — ta płacząca Magdalena ma czoło wezbrane nadzieją; ta blada i chorowita ręka, na której wspiera głowę, jeszcze nasycona jest wonnościami, jakie wylała na stopy Chrystusa. Czy nie widzisz na tej pustyni całego tłumu myśli, które się modlą? To nie jest melancholia.

— To kobieta, która czyta — odparł suchym głosem.

— I szczęśliwa kobieta — rzekłem — i szczęśliwą książkę.

Deagenais zrozumiał; ujrzał, iż owłada mną głęboki smutek. Spytał, czy mam jaką przykrość. Wahałem się z odpowiedzią; czułem, jak mi się serce łamie.