W połowie drogi mniej więcej uczuła się zmęczona; przysiadła na ławce, którą gąszcz drzew ubezpieczył od deszczu. Stałem na wprost niej i przyglądałem się bladym promieniom księżyca, padającym na jej czoło. Po chwili milczenia wstała i, widząc moją zadumę, rzekła:

— O czym pan myśli? czas wędrować dalej.

— Zastanawiałem się — odparłem — dlaczego Bóg panią stworzył, i powiadałem sobie, że po to, aby leczyć cierpiących.

— W pana ustach — rzekła — to słowo może być jedynie prostą uprzejmością.

— Czemu?

— Bo mi się pan wydaje bardzo młody.

— Zdarza się niekiedy — odparłem — iż ktoś jest starszym od własnej twarzy.

— Tak — odparła, śmiejąc się — i zdarza się także, że jest młodszym od swoich słów.

— Nie wierzy pani w doświadczenie?

— Wiem, że ludzie chętnie dają to miano swoim szaleństwom i swoim zgryzotom; co można znać w pana wieku?