— Nie wierz moim braciom, siostro moja! Sulamit to nie otwarte drzwi. Sulamit to mur nie do przebicia. Sulamit to niedostępna ściana. Popatrz, jak twarde są moje piersi. Zobacz, jakie są gładkie. Nie ściskaj ich tak mocno, siostro moja! Krew kipi w moich żyłach. Albo nie. Raczej ściskaj je. Niech we mnie kipi krew, niech wrze. Będę cię całowała jak siostrę albo jak mego umiłowanego. Gorące są moje wargi. Suche są moje wargi. Moje oczy są zamglone. Nic nie widzę. Już nic nie widzę. Tak! Moi bracia mają rację. Zaiste, jestem rozpuszczona. Może w istocie jestem rozpustnicą... Co mam robić siostro moja? Co mam czynić?

A królowa siedzi bez ruchu. Oczarowana i milcząca. Sulamit ściska ją i całuje. Obejmuje i płacze.

— Pachniesz olejkami mego miłego. Mam wrażenie, że ty i mój miły z jednego pochodzicie pnia. A może widziałaś go? Może go nawet dziś o świcie spotkałaś, kiedy opuszczał moją altankę? Ależ nie! Nie mogłaś go spotkać. Ty pochodzisz z wielkiego i szlachetnego rodu, zaś mój miły jest zwykłym, prostym pastuchem z gór Gilad. Co trzecią noc nawiedza mnie. Ale to mało, więc serce moje nie przestaje usychać z tęsknoty.

I pełna zachwytu snuje:

— Mój miły zwinny jest jak jeleń. Jako lew jest silny. A jego zęby, gdy ukazuje je w uśmiechu, to istne białe owce, bliźniaczo do siebie podobne... Jest bez najmniejszej skazy. A kiedy obejmuje mnie lewą ręką, to prawą przyciska do swojej piersi. O, tak tak...

— Przestań, nie mów tak, siostro moja.

Królowa mdleje w jej ramionach i błaga, aby zaprzestała dalszych wynurzeń.

I dziewczyna zażenowana opuszcza głowę.

— Tak, jestem zepsuta. Moi bracia mają rację.

Awner stoi z boku i przygląda się objętym wpół niewiastom, stojącym nieruchomo w całej krasie swoich tęsknych powabów i wdzięków. Rozważa sytuację, wzdycha i podejmuje decyzję. Rusza w dół zbocza, gdzie stoi uwiązany jego najlepszy przyjaciel, kary lśniący koń.