Te myśli przejęły ją dreszczem trwogi. I perły zaczęły palić. Jakaś ognista obręcz ściska jej piersi. Szybko wybiegła z altany. Chce ochłonąć. Biada! Noc nie ma zamiaru spóźnić się. Niepostrzeżenie zapada ciemność. Spowiła już w czerń doliny i winnice. Tylko na zachodzie żarzy się jeszcze ołtarz minionego dnia. To nie noc, lecz Sulamit się spóźniła. Stoi teraz pośrodku winnicy i przy chorobliwie słabym, niedojrzałym jeszcze świetle księżyca, pełna wewnętrznej rozterki, cienkimi palcami przebiera perły. Skąd się nagle wziął ich żar i blask? Błyszczą delikatniej od srebra. Emanują promieniami cieńszymi od jedwabiu. A każda perełka wygląda jak uśmiech szczęśliwego dziecka. Więc jak? Ma je znienawidzić? Ona, która je ożywiła? Ona, która wygrzała je własną piersią? Ona, która wypełniła je własnym ciepłem serdecznym? Nie! Ma je kochać! I w przypływie macierzyńskich uczuć przyciska perły do serca. Wydaje się jej, że przytula do siebie bladą siostrę o migdałowych oczach. Nagle zapachniało ziołami... Czy aby na pewno używa ich siostra? To są wonne zioła jej miłego. Jak mogła o nim zapomnieć? Jak mogła tak długo o nim nie pamiętać?

Raptem ogarnia ją złość na perły. To one! One zabierają jej ukochanego! To one wypierają go z jej pamięci. Przesłaniają go. Z ich powodu nie przychodzi. Muszą w nich tkwić fałsz i złe czary. Wyhodowała żmiję na własnej piersi. I gniew popycha ją na szczyt skalny. Stamtąd rzuci perły w przepaść.

Już trzyma je mocną dłonią. Już jest gotowa zerwać je z piersi i cisnąć w otchłań. A w oczach ma ciemność. Bezlitosną ciemność. Kąciki ściśniętych warg zwijają się w cienki, gniewny grymas. I oto podnosi się już w ostatnim oddechu przed zerwaniem pereł jej pierś...

A noc nad Syjonem jest tak uroczyście czysta, tak nieskończenie granatowa. I księżyc uśmiecha się tak świątecznie i tak srebrzyście. I cisza dookoła jest tak napięta i czujna. Wydaje się, że aniołowie słyszą, jak serce bije w piersiach Sulamit, a blade gwiazdy patrzą na nią z firmamentu3 i widzą jej mroczny nastrój.

Na poły pocieszona, na poły uspokojona tą czujną ciszą pozwala swoim rękom opaść. W zamglonych oczach pojawiają się łzy. Coś się nagle stało z jej sercem. Coś się w nim dokonało. Nie wie jednak, czy wskutek tego zmądrzała, czy zgłupiała.

Wydaje się jej, że na jednej szali wagi znalazło się szczęście, a na drugiej cierpienie. I nie wie już, czego bardziej pragnie. Co chciałaby, aby przeważyło. Oto bowiem za chwilę może pojawić się ukochany i zastanie ją z cudzymi perłami na piersi. I doprawdy nie wie już, czy ma się z tego cieszyć, czy smucić.

W odległej dali, w poświacie księżyca wiją się blado dwie ścieżki górskie. Jedna prowadzi do Gilad, druga do Jerozolimy. I ani z Gilad nikt nie nadchodzi, ani z Jerozolimy. Lecz wcale się tym nie przejmuje. Cisza powoli koi jej serce. Musi wziąć pod uwagę, że jeśli nie własne szczęście, to los przyjaciółki nosi na piersi. Musi strzec tego, co jej powierzono. I ze świętą ciszą w sercu zakłada ręce na tył głowy, jakby szykowała się do tańca. Śmiało wystawia obnażone dziewczęce piersi, obciążone sznurem ożyłych pereł i tanecznym krokiem, ledwo dotykając ziemi, schodzi z wysokiej skały. Wraca do altany.

W świetle księżyca jej ciało wydaje się blade. Włosy przybrały kolor przygasłej purpury. A ona posuwa się tanecznym krokiem. Z rękami założonymi na tyle głowy snuje, roztacza przed sobą dumne wizje dziewczęce: Takie perły noszą królowe! Rzeczywiście. Tylko królowe mają takie perły. I dopóki nie znalazły się na jej piersi, chorowały i marniały.

Może więc naprawdę jest królewną? A może bracia znaleźli ją pod jabłonią? Z kameą4 na szyi? Może dlatego znęcają się nad nią? Może także jej ukochany nie przychodzi? Zresztą mniejsza o niego. Prości ludzie nie lubią królewien... Ale również królewny nie kochają się w pastuchach...

Jest już przy altanie. Z tym samym dumnym, rozmarzonym uśmiechem wchodzi do środka. Zaryglowała od wewnątrz drzwi. Zdjęła koszulę, umyła się i namaściła ciało mirrą. Mirra była jej skarbem, którego przez długie miesiące pilnowała jak oka w głowie. Kupiła ją u pewnego wędrownego handlarza i skrzętnie ukrywała zarówno przed sobą, jak i braćmi. Teraz nadeszła odpowiednia pora. Nie żałuje mirry. Z palców u nóg aż od niej kapie. Rozkłada dywan i jak prawdziwa królowa składa na nim ukłon. Córki królów nie mają zwyczaju kochać się w pasterzach. Więc kim jest jej miły? Jej miły, jej kochanek to nikt inny, tylko Salomon, król Jerozolimy we własnej osobie. A to posłanie to jego łoże: kolumny ze srebra, oparcie ze złota, baldachim z purpurowej draperii... utkanej i wyhaftowanej z miłości przez córy Syjonu... A u łoża czuwa sześćdziesięciu bohaterów. Sześćdziesięciu rycerzy Izraela. Przy biodrach mają przypasane miecze. Są zaprawieni w bojach. Mają ochraniać śpiących przed koszmarami nocnymi.