Król, okryty czarnym płaszczem, słyszy i chyłkiem ucieka od tych nieszczęsnych spotkań. Wraca na zamek ze zbolałym sercem. W drodze powrotnej zatrzymuje się przy samotnie stojącym domu ministra. Uliczka, przy której stoi ten dom, pogrążona jest w ciszy. Spóźniony przechodzień z daleka omija zauważonego przed domem osobnika w czarnym płaszczu. Jakby wyczuwał, że ten pod płaszczem trzyma rękę na szabli. I tak stoi król ze ściśniętym sercem przez dłuższy czas, ociągając się z powrotem do pałacu.
I oto pewnego razu, kiedy, jak zwykle, stał przed domem ministra, usłyszał albo wydało mu się, że słyszy, bo słuch miał napięty do ostatnich granic, że spod ziemi dobywają się odgłosy cichych uderzeń młota.
Uderzenia były rytmiczne. Raz... dwa... trzy... cztery... A dźwięki dobywane spod młota były tak czyste, jakby ich sprawca kuł nie żelazo, lecz złoto. Jednym skokiem król znalazł się przed kuźnią. Dookoła panowała kompletna cisza. Można powiedzieć, śmiertelna cisza. Król cofnął się, na sam środek ulicy i wtedy dźwięki młota znów dały o sobie znać. Ogarnął go lęk. Mistyczny lęk. Powoli opanował się. Uśmiechnął nawet do siebie:
— To duch mego zmarłego kowala, gdzieś tu pod ziemią się czai. Z pewnością trudzi się dla mnie. Oby to był dobry znak.
*
Pewnego razu, a było to w środku tak ciemnej nocy, że choć oko wykol, słudzy obudzili króla ze snu. Zanim otworzył oczy i zanim usiadł, a trwało to dość długo, zrozumiał. Nie musiał sług o nic pytać. Miał wrażenie, że w ogóle nie spał. Stał na dziedzińcu i wydawało mu się, że na własne oczy widział, jak ktoś otworzył skarbiec. Gotów był przysiąc, że wyraźnie słyszał skrzyp zardzewiałych rygli w żelaznych drzwiach.
— Kto to jest?
— Nie chce powiedzieć, kim jest. Nie chce odsłonić twarzy. Powie, jak ty sam przyjdziesz.
Usłyszawszy to król zawołał:
— Zapalcie światło! Światła!