I zwolnił Hasan Tuwim swój bieg. Zanim doszedł do bramy, panowała już noc.
Otworzył mu ten sam strażnik. Młodzieniec poznał go po zgiętych plecach. W ciemnościach nocy, strażnik poruszał się jak niedźwiedź. Oddychał z trudem. Był wyraźnie zirytowany. Hasanowi Tuwimowi dziedziniec więzienny wydał się obcy. Odniósł wrażenie, że wbrew przepisom, porośnięty jest trawą. Przedtem nie zauważył był wystającego z ziemi pagórka w rogu dziedzińca. Teraz z tej górki wyrasta ku niebu szubienica, na której kołysze się wisielec. I tak kołysząc, zmaga się jakby ze szczelinami wśród chmur, raz po raz wpadając w jasną szczelinę między rozdartymi czarnymi kłębami.
Więzienny strażnik nachyla się do ucha Hasana Tuwima i głosem smutnym, acz uroczystym, powiada:
— Allah okazał mu miłosierdzie. Sprawa załatwiona.
— Kiedy?
— Przed twoim przyjściem. Kto wie, jak długo by to jeszcze trwało, gdyby się nie przestraszyli. Jutro bowiem ma się odbyć koronacja nowego młodego kalifa. Trzeba było uporządkować zaległe sprawy.
I w zaufaniu dodaje:
— Nie mogłem szybko znaleźć klucza. Jestem stary. Kiedy trzeba wykonać wyrok na człowieku, tracę głowę. Naczelnik już mi zagroził, że wypędzi mnie jak psa. Młody kalif — powiedział naczelnik — nie będzie tolerował takich jak ja ślamazar. Gorzki kawałek chleba. I nagle w tym zamęcie przypomniałem sobie, że klucz mam w kieszeni, za pazuchą...
Hasan Tuwim zawrócił w kierunku bramy. Strażnik szedł za nim i dalej perorował. Kiedy stanęli przed bramą, przyszły kalif przerwał mu:
— Czy miał poduszkę?