Po obu stronach łoża stały złote świeczniki. Płonęły w nich wełniane knoty. Rzucały żółtawe światło, które ustępowało różowawym promieniom wstającego poranka, przenikającym przez uchyloną zasłonę. Wszystkie te blaski igrały w dużym jemeńskim lustrze, które stało na czterech lwich łapach z różowego marmuru tuż przed łożem Simly. Oprawione zaś było w ramy z kości słoniowej i srebra.

— Ojej, Hadaso! Dlaczego moje służące nie przychodzą, żeby umyć mnie różaną wodą? Już zbyt długo leżę nago. Jestem zmęczona. Hadaso.

— Służące też są zmęczone. W nocy oka nie zmrużyłaś i tylko je poganiałaś. Musiały spełniać wszystkie twoje zachcianki.

— Po to są przecież służącymi.

— Ale też mogą być zmęczone.

— Postawię nad nimi nadzorcę z batem, wtedy już nie będą zmęczone.

— Jesteś dzisiaj w złym nastroju, moje dziecko.

— Opowiedz mi lepiej o moim narzeczonym, to złagodnieję. Powiedz mi, czy dobry z niego człowiek? Czy spełni wszystkie moje życzenia?

— Tak, moje dziecko. To bardzo dobry człowiek, ale będziesz musiała być mu posłuszna, jeśli zechcesz, żeby cię kochał. Mąż to pan i władca. Dlaczego znowu płaczesz?

— Jakże mogę nie płakać? Przecież ojciec mój umiera i władzę nade mną obejmie mój narzeczony... Ale cóż to? Służących z różaną wodą dalej nie widać. Przyjdą, kiedy woda będzie albo zbyt gorąca albo zbyt zimna. Zobaczysz, Hadaso!