— Oo?... — zaoponował szlifierz kulawy. — Moim zdaniem trotuary dostępne być winny każdemu. Toteż postąpię niezadługo tak jak Lesturgeon i udam się do skryby na placu Val-de-Grâce, by mi napisał pięknie suplikę w obronie biednych rękodzielników wędrownych. Nie mogę stanąć ze swoją budą w miejscu odpowiednim, gdzie bym zarobił sporo, bo zaraz spada mi na kark policjant, a skoro tylko zatrzyma się przed mym wózkiem dwu lokai i trzy służące, jawi się poczwara w czarnym uniformie i rozkazuje w imieniu prawa wynosić się z całym kramem w kąt, gdzie jeno psy podnoszą w górę lewą nogę. Raz jest to, jak powiada, terytorium wynajęte przez przekupniów, drugi raz znowu staję za blisko pana Leborque, nożownika dekretowego. Innym razem ustępować muszę karecie biskupa lub jakiegoś księcia. Trzeba co prędzej zwijać manatki i kamień brać na plecy, a dobrze jeszcze, jeśli korzystając z zamieszania lokaje i służące nie ściągną mi bez zapłaty paczki nożyczek lub kilku pięknych rzezaków, wyrabianych w Châtellerault. Dość mam tej tyranii, dość mam znoszenia niesprawiedliwości ze strony ludzi wymierzających sprawiedliwość! Czuję ogromną ochotę zbuntować się!

— Z oznak tych wnoszę, że jesteś pan szlifierzem wielkodusznym! — powiedział mój drogi mistrz.

— Nie jestem zgoła wielkoduszny, księże dobrodzieju! — zaoponował kulas. — Przeciwnie, jestem mściwy i namiętność ta skłoniła mnie do sprzedawania w sekrecie piosenki skierowanej przeciw królowi, jego kochankom i ministrom. Mam ich sporo we worku z osełkami, wiszącym na ścianie budy. Nie zdradźcież mnie, panowie. Jedna z nich o dwunastu dudkach jest po prostu wspaniała!

— Nie zdradzę cię, kochany majstrze! — zaręczył mój ojciec. — Dla mnie dobra piosenka tyleż warta, co szklanka wina, a może więcej jeszcze. Nie mam też nic przeciw nożom odpowiednio do celu wyostrzonym i życzę wam, byście ich sprzedawali ludziom jak najwięcej, każdy bowiem żyć musi. Przyznajcież jednak, drogi majstrze, że nie można pozwolić, by wędrowni rzemieślnicy robili konkurencję kupcom, którzy opłacają czynsz za sklepy i podatek miejski. Sprzeciwiałoby się to zasadniczym urządzeniom dobrej policji i porządkowi. Zuchwałość tych włóczykijów jest niesłychana. Do czegóż by doszło, gdyby ich nie trzymać w ryzach? Zeszłego roku jakiś wieśniak z Montrouge stanął z wózkiem wprost przed drzwiami „Gospody pod Królową Gęsią Nóżką”. Miał całą górę gołębi gotowych do jedzenia, upieczonych, i sprzedawał je o całe dwa liardy i jednego susa35 taniej, niż ja sprzedaję mój towar. A w dodatku gałgan ten wołał głosem przeraźliwym, aż drżały szyby mego sklepu:

— Śliczne, tłuste gołąbki, pięć su!

Groziłem ze dwadzieścia razy największym szpikulcem, a ten drab odpowiadał mi z głupia frant, że ulica jest dla wszystkich. Zaniosłem tedy skargę do sędziego kryminalnego, a tenże oswobodził mnie od natręta. Nie wiem, co się z nim stało, ale po dziś dzień mam doń urazę, gdyż patrząc na to, jak moi stali odbiorcy kupowali jego zatracone gołębie parami, a nawet tuzinami, dostałem żółtaczki i przez długi czas nie mogłem się pozbyć melancholii. Trzeba by go posmarować smołą i utulać w pierzu, by miał tyle piór na ciele, ile go wydarł z drobiu, sprzedawanego tuż pod moim nosem, a potem tak upierzonego oprowadzać po ulicach na postronku.

— Mistrzu Leonardzie! — zawołał kulawy szlifierz. — Jesteś okrutny dla biednych ludzi. Postępowaniem takim można ich popchnąć do czynów rozpaczliwych.

— Mistrzu szlifierzu — powiedział śmiejąc się zacny ksiądz Coignard — radzę panu skomponować satyrę na ojca Leonarda, kazać napisać ją któremuś z płatnych skrybów pod kościołem Św. Innocentego i sprzedawać razem z piosenką o dwunastu dudkach króla Ludwisia. Należałoby przeczesać pod włos naszego przyjaciela, który zmierza przez swój serwilizm nie do wolności, ale do tyranii. Z wszystkiego, co od was posłyszałem, drodzy panowie, wyciągnąć muszę wniosek, iż organizacja policji miejskiej jest sztuką nader trudną, bowiem musi godzić interesy sprzeczne, często nawet wykluczające się wzajem.

Tak, moi przyjaciele — dodał z westchnieniem — dobro publiczne składa się z niezliczonych przypadków zła prywatnego, a dziwić się tylko należy temu, że ludzie zamknięci w murach jednego miasta nie zagryzają się wzajemnie. Jest to łaska boska, iż zostali przez Opatrzność obdarzeni tchórzostwem. Podobnie też pokój pomiędzy państwami opiera się wyłącznie na tym, iż obywatele jednego państwa boją się strasznie obywateli drugiego i ten strach napełnia ich wzajemnym szacunkiem dla odwagi przeciwników. Ponad obywatelami stoją książęta i królowie i doprowadzając jednych i drugich do ciągłego drżenia przed gwałtem, zapewniają w ten misterny sposób pokój całemu światu.

Ławnicy nasi natomiast są to władcy nader słabi i nie mogą nikomu dotkliwie szkodzić ani też przynosić wielkich korzyści. Cała ich zasługa mieści się w posiadaniu długich lasek i kędzierzawych peruk. Ale nie bierzcie im za złe, że od czasu ostatniej zmiany panującego są mianowani przez króla i podniesieni do rangi urzędników korony. Stając się przyjaciółmi króla, stali się jednocześnie nieprzyjaciółmi wszystkich obywateli zwyczajnych, zaś ów wrogi stosunek stał się znośny, gdyż rozłożył się na cały ogół, wedle zasad zupełnej równości. Z deszczu tego spada na każdego zaledwo parę kropelek. Gdy nadejdzie dzień, w którym (jak to podobno było w pierwszych czasach monarchii) będą mianowani przez lud, ławnicy pozyskają w mieście przyjaciół, a także i nieprzyjaciół. Wybrani przez kupców płacących czynsz i dziesięcinę, prześladować będą rzemieślników wędrownych, wybrani przez tych ostatnich — będą się starali utrącić przemysłowców. Jeśli dojdzie do tego, że niektórzy zawdzięczać będą swe stanowiska czeladnikom, to zwrócą się przeciwko majstrom, którzy zatrudniają czeladź. W ten sposób nigdy nie ustaną spory, kłótnie i starcia, a wszyscy ławnicy razem utworzą zgromadzenie chaotyczne, w którym każdy w gwałtowny sposób będzie usiłował przeforsować interesy swych wyborców. Mimo to sądzę, że nie będziemy wówczas wspominać z żalem naszych dawnych ławników, zawisłych od króla. Nowi dostojnicy, wyposażeni w niezmierną pychę i zarozumiałość, będą nas pobudzać do serdecznego śmiechu, a zarazem utworzą zwierciadło, w którym przejrzeć się mógł będzie każdy z obywateli. Umiarkowanie korzystać będą z umiarkowanej swej władzy. Pochodząc ze stanu niskiego, nie będą zdolni ani pozostać w nim, ani też posunąć się wyżej. Bogaczy przerażać będzie ich zuchwalstwo, biedaków ich tchórzostwo, a jednak należałoby jeno stwierdzić ich wielce hałaśliwą niemoc. Poza tym wszystkim, uzdolnieni do pełnienia funkcji powszechnych i zwyczajnych, zarządzać mogą dobrem publicznym w sposób wystarczająco małostkowy, na który zdobyć się można zawsze, a którego nigdy prześcignąć nie podobna.