— Rożenku — odrzekł z łagodnością ks. Coignard — biskup seezański jest pełen ogromnej surowości w swych urzędowych listach pasterskich i rozkazach, a wspaniałomyślny i rozmiłowany w płci pięknej w prywatnym życiu; jest prawdziwym brylantem bez skazy jako prałat, ponadto zaś wygłosił ów słynny panegiryk ku czci św. Maclou, którego zwłaszcza ustęp traktujący o cudownym uleczeniu zapalenia gardła króla Francji zachwycił wszystkich. Czyż więc mogła go nie zamianować Akademia dlatego jeno, iż siostrzeniec jego jest człowiekiem wpływowym i uczynnym? Cnotliwa surowość owa byłaby po prostu barbarzyńską karą dla biskupa za to tylko, iż pan de Séez posiada znakomitych ludzi w rodzie. Akademia udała, że tego nie dostrzega, i postąpiła naprawdę wspaniałomyślnie.
Ogarnięty żarem młodości, ośmieliłem się na przemowę tę odpowiedzieć, jak następuje:
— Przebacz, mistrzu czcigodny, ale uczucie nie pozwala mi uznać przytoczonych racji. Cały świat wie o tym, że biskup seezański zdobył wybitne stanowisko jeno przez giętkość swego charakteru i sztukę prześlizgiwania się pomiędzy stronnictwami. Umiał lawirować pomiędzy jezuitami a jansenistami i ubarwiać nikłą ostrożność swoją pozorem miłosierdzia chrześcijańskiego. Mniema, że czyni dosyć, nie budząc niczyjego niezadowolenia, a za cały obowiązek swój uważa powiększanie majątku. A więc nie wielkie serce jego sprawiło, iż pozyskał większość głosów znakomitych protegowanych króla47. Nie sprawiły tego również zalety umysłu. Panegiryk ów o gruczołach limfatycznych króla i św. Maclou nie on napisał, ale poprzestał jeno na odczytaniu go. Poza szablonowymi listami pasterskimi spod pióra jego nie wyszło dosłownie nic. Nie odznacza się też niczym innym prócz miłego obejścia i uprzejmości w wysłowieniu. Czy to są dostateczne podstawy nieśmiertelności?
Ks. Coignard nie rozgniewał się tym moim sprzeciwem i rzekł życzliwie:
— Rożenku miły! Rozumujesz z ową prostotą, w którą matka twoja wyposażyła cię razem z życiem, i widzę, że długo jeszcze zachowasz przyrodzoną niewinność swoją. Gratuluję ci szczerze. Niewinność jednak nie upoważnia wcale do niesprawiedliwości; dość, gdy uczyni cię naiwnym. Nieśmiertelność przyznana panu de Séez nie wymaga ni Bossueta, ni Bellezunca, nie jest bowiem wyryta w sercu i pamięci ludów, ale jeno zanotowana w wielkim rejestrze, a wiesz chyba dobrze, iż z takich papierowych liści laurowych nie robi się wieńców na głowy bohaterów.
Cóż stąd wyniknąć może za nieszczęście, jeśli nawet pośród onych czterdziestu „nieśmiertelnych” przeważna liczba odznacza się raczej dobrymi manierami niż geniuszem? Powiesz, że przeciętność opanowała Akademię? Gdzież ona, powiedz, nie włada? Czyż mniej potężna jest w parlamencie lub radzie koronnej, mimo że tam nie jest dla niej miejsce właściwe? Trzebaż więc niezwykłego umysłu, by pracować nad słownikiem, który ma ustalić potoczny sens używanych przez nas wyrazów i po prostu go się trzymać?
Akademicy byli powołani, jak wiesz, po to, by utrwalić dobre obyczaje i pewne normy krasomówcze, by oczyścić język z wszelakich naleciałości starożytnych oraz przymieszek gwary ludowej, w tym celu, by uniemożliwić pojawienie się drugiego Rabelais’go czy Montaigne’a, zalatujących fetorem pospolitości, szorstkością czy prowincjonalizmami. Zgromadzono przeto wykwintnisiów, znających się na gładkiej obyczajności, oraz pisarzy, którzy mieli interes w zapoznaniu się z nimi. Dało to powód do obaw, by Akademia nie zreformowała w sposób tyrański języka francuskiego. Przekonano się jednak niebawem, że obawy te były płonne, bo akademicy, miast narzucać nowości, poszli za panującym zwyczajem. Wbrew ich opozycji powiadano dalej, jak przedtem: „Zamykam drzwi!” — chociaż drzwi zamknąć nie można, ale tylko pokój48.
Akademia, natknąwszy się na ów zwyczaj, nader szybko ustąpiła, zaznaczając jeno w protokole, iż wyrażenie takie jest niemal powszechne. Było to jedyną jej akcją49. Mieli tedy panowie akademicy dość czasu na towarzyskie rozrywki i trzeba im było oczywiście kompanionów miłych, łatwych w obejściu, wykwintnych, dowcipnych, zajmujących wybitne stanowiska i znających świat i ludzi. Wielki talent nie zawsze posiada owe zalety, a geniusz bywa najczęściej wprost dziki i nieprzystępny. Toteż Akademia doskonale obeszła się bez Dekarta i Pascala. Ale nie mogłaby się zgoła obejść bez takiego pana Godeau lub pana Conrarta oraz licznych członków posiadających sąd subtelny, swobodny i wolny od uprzedzeń. Niemiłym byłby zaiste towarzyszem człowiek mający jakąś wielką ideę, czyli tzw. kiełbie we łbie.
— Ach! — zawołałem z żalem. — Nie jestże to więc boska rada nieśmiertelnych, czcigodny areopag poezji, wiedzy i piękna?
— Nie, Rożenku. Jest to ciało zbiorowe, zajmujące się zajmującym zajmowaniem tym, co zajmuje jego członków, nader ugrzecznione, a przeto zażywające niezwykłej estymy u ludów daleko zamieszkałych albo w ten czy w inny sposób dzikich. Pojęcia nie masz, mój chłopcze, jaki podziw wzbudza Akademia Francuska w baronach niemieckich, pułkownikach wojsk rosyjskich i milordach angielskich. Ci Europejczycy cenią jeno naszą Akademię i nasze baletnice. Poznałem raz przypadkowo pewną księżniczkę... macedońską, powiedzmy, i to wielkiej piękności, która przejeżdżając przez Paryż rozbijała się na gwałt za byle jakim członkiem Akademii w tym celu, by bez względu na jego wiek i warunki złożyć mu w ofierze swą cześć dziewiczą.