Odzianych w atłas i morę,
Iluż znam osłów i wołów,
Co tego by nie zdołali!
Po czym opuścił głowę na poduszkę i śpiewać przestał.
— Nie brak dobrego w tym chrześcijaninie — rzekł proboszcz do nas — nawet dużo dobrego i przed chwilą sam byłem zbudowany jego pięknymi sentencjami. Ale mimo to nie jestem spokojny, bo wszystko zależy od końca, a nie można wiedzieć, co pozostanie na dnie kosza. Bóg w dobroci swej pozwala, by jedna chwila nas zbawiła, ale trzeba, by to była chwila ostatnia; wszystko więc zależy od jednej minuty, wobec której reszta życia jest jakby niczym. Dlatego to drżę o tego chorego, bo go zaciekle wydzierają sobie aniołowie i czarci. Ale nie trzeba wątpić o miłosierdziu Boskim.
Dwa dni przeszły w bolesnej niepewności, na trzeci dzień mój drogi mistrz niestety zupełnie opadł na siłach.
— Nie ma już nadziei — rzekł mi cicho pan Coquebert — patrz pan, jak głowa jego ciężko zapada w poduszki, i uważ, jak nos stał się cienki.
Rzeczywiście, nos mego drogiego mistrza, dawniej gruby i czerwony, był teraz ostry, cienki jak ostrze i przybrał barwę szaroołowianą.
— Rożenku, mój synu — rzekł nagle do mnie głosem jeszcze pełnym i mocnym, ale zupełnie zmienionym — czuję, że już niewiele życia mi pozostaje. Idź po naszego księdza, bo chcę się wyspowiadać.
Proboszcz był właśnie w swej winnicy, tam więc pobiegłem.