niż na próżny i zwodniczy sąd ludzki.

Przeżywszy bez zaszczytów

na tym świecie,

wstąpił na drogę chwały wiekuistej.

W trzy dni po śmierci mego drogiego mistrza pan d’Anquetil postanowił jechać dalej. Powóz był już naprawiony; kazał więc pocztylionom, by byli gotowi do drogi nazajutrz rano. Towarzystwo jego nigdy nie było mi miłe, w obecnym zaś smutku moim stało mi się wstrętne. Nie mogłem znieść tej myśli, bym miał towarzyszyć jemu i Jaheli w dalszej jeszcze drodze. Postanowiłem poszukać jakiegoś zajęcia w Tournus lub Mâcon i żyć tam w ukryciu aż do chwili, gdy burza się uśmierzy i będę mógł powrócić do Paryża, gdzie wiedziałem, iż rodzice przyjmą mnie z otwartymi rękami. Oznajmiłem panu d’Anquetil o tym zamiarze i przeprosiłem go, że nie mogę jechać z nim dalej. Początkowo próbował mnie zatrzymać z uprzejmością, której się od niego nie spodziewałem nawet, potem chętnie udzielił mi pozwolenia na odjazd. Jaheli przyszło to trudniej, ale że była z natury rozsądna, zrozumiała powody, dla których opuścić ją chciałem.

W nocy, która poprzedziła mój wyjazd, podczas gdy pan d’Anquetil grał w karty z felczerem, poszliśmy na plac, Jahela i ja, by odetchnąć świeżym powietrzem, pełnym woni traw i ćwierkania świerszczów.

— Co za piękna noc — rzekłem do Jaheli — w całym roku nie będzie może równej, może w życiu moim nie zobaczę już nocy tak słodkiej!

Cmentarz wiejski pełen kwiecia rozciągał przed nami swe nieruchome fale murawy, księżyc srebrzył groby rozsiane wśród ciemnych traw. Równocześnie przyszło nam obojgu na myśl, by iść pożegnać naszego przyjaciela. Miejsce, gdzie spoczywał, oznaczał krzyż w miękką ziemię wbity; kamień, na którym miano napis wyryć, nie był jeszcze gotów. Usiedliśmy tuż obok grobu na trawie i przez naturalny a nieświadomy pociąg padliśmy sobie w objęcia, bez obawy, byśmy naszymi pocałunkami znieważyć mieli pamięć przyjaciela, który w głębokiej swej mądrości wyrozumiały był na słabości ludzkie.

Nagle Jahela rzekła mi do ucha, przy którym właśnie znalazły się jej usta:

— Na murze cmentarnym widzę pana d’Anquetil; patrzy uważnie w naszą stronę.