Odjazd Jaheli powiększył mój smutek; rzuciłem się jak długi na środku pokoju i z twarzą w dłoniach ukrytą płakałem do wieczora.
Tu życie moje traci te cechy zapożyczone od okoliczności, cechy, które czyniły je zajmującym, i los mój, zgodny odtąd z mym charakterem, nic już nie przedstawia nadzwyczajnego. Gdybym przedłużał ten pamiętnik, opowiadanie moje wkrótce wydałoby się jałowe, zakończę więc rzecz w kilku słowach. Proboszcz z Vallars dał mi list polecający do kupca win w Mâcon, u którego byłem w służbie przez dwa miesiące. Po ich upływie ojciec napisał mi, że sprawa moja jest załatwiona i że mogę spokojnie powrócić do Paryża.
Natychmiast wziąłem dyliżans i odbyłem podróż z rekrutami. Serce biło mi z radości, gdym ujrzał ulicę Świętego Jakuba, zegar na wieży Świętego Benedykta, szyld „Trzech dziewic” i „Świętą Katarzynę” pana Blaizota.
Matka rozpłakała się na mój widok; ja też płakałem; uściskaliśmy się i płakaliśmy znowu. Ojciec mój przybiegł spiesznie spod „Małego Bachusa” i rzekł z godnością i wzruszeniem:
— Kubusiu, synu mój, przyznaję, że byłem bardzo zagniewany na ciebie, gdym ujrzał tu w mej gospodzie straż, która przyszła cię schwytać, a w braku ciebie — mnie zabrać na twoje miejsce. Nic słyszeć nie chcieli i utrzymywali, że będę mógł się tłumaczyć w więzieniu. Szukali cię wskutek skargi pana de la Guéritaude. Powziąłem stąd okropne pojęcie o twych sprawkach, ale dowiedziawszy się z twych listów, że to były fraszki, myślałem już tylko o tym, by ujrzeć cię jak najprędzej. Często radziłem się karczmarza spod „Małego Bachusa”, jak można by stłumić twoją sprawę. Odpowiadał mi zawsze: „Mości Leonardzie, idź do sędziego z dużym workiem dukatów, a odda ci twego chłopca białym jak śnieg”. Ale dukaty tu rzadkie i nie ma w domu kury, gęsi lub kaczki, co by znosiła jaja złote. Obecnie drób ledwie opłaca ogień na mym kominie. Na szczęście twej świętej i zacnej matce przyszło na myśl udać się do matki pana d’Anquetil. Dowiedzieliśmy się bowiem, że robi ona starania dla swego syna, którego poszukiwano razem z tobą i w tej samej sprawie. Bo przyznaję, Kubusiu, że łobuzowałeś się w towarzystwie szlachcica, a zbyt wiele mam godności, bym nie odczuwał zaszczytu, jaki stąd spływa na całą rodzinę. Twoja matka prosiła więc posłuchania u pani d’Anquetil w jej pałacu na przedmieściu Świętego Antoniego. Ubrała się godnie jak do kościoła; pani d’Anquetil przyjęła ją uprzejmie. Matka twoja jest świętą niewiastą, Kubusiu, ale mało ma obycia z ludźmi, toteż z początku mówiła bez związku i niestosownie. Powiedziała bowiem: „Pani, w naszym wieku po Bogu pozostają nam tylko jeszcze nasze dzieci”. Tego nie należało powiedzieć takiej wielkiej damie, która ma jeszcze galantów.
— Cicho! Leonardzie — zawołała moja matka. — Nie wiesz jak się prowadzi pani d’Anquetil, a musiałam nieźle mówić do niej, skoro odrzekła mi: „Bądźcie spokojna, pani Ménétrier, dla syna waszego będę zabiegała tak jak i dla mego własnego. Proszę liczyć na mnie”. I wiesz dobrze, Leonardzie, że nie minęło i dwa miesiące, gdy otrzymaliśmy zapewnienie, że nasz Kubuś może bezpiecznie wrócić do Paryża.
Z apetytem zjedliśmy wieczerzę. Mój ojciec zapytał mnie, czy myślę zostać dalej w służbie pana d’Astarac. Odrzekłem, że po nigdy nieodżałowanej śmierci mego drogiego mistrza nie życzę sobie dłużej być razem z okrutnym Mozaidesem u szlachcica, który swym ludziom płaci jedynie pięknymi słowami. Ojciec zaproponował mi uprzejmie, bym kręcił u niego rożny jak poprzednio.
— W ostatnich czasach, Kubusiu, dałem ten urząd bratu Aniołowi, ale spełniał go gorzej niż Miraut i gorzej nawet niż ty; czy nie zechcesz więc, mój synu, zająć twego miejsca na zydelku, w rogu przy kominie?
Matka moja, choć kobieta prosta, miała dużo zdrowego sądu, wzruszyła na to ramionami i rzekła:
— Pan Blaizot, księgarz pod „Obrazem Świętej Katarzyny”, potrzebuje subiekta346, a zajęcie to, Kubusiu, jest dla ciebie jak ulane. Jesteś chłopcem łagodnych obyczajów i układne masz wzięcie, a tego właśnie potrzeba, by sprzedawać Biblie.