— Dach się zapada!

Ze zgrozą ujrzałem na dachu długą, czarną postać pana d’Astarac. Alchemik biegł wzdłuż rynny. Donośnym głosem zawołał:

— Oto wznoszę się na skrzydłach płomienia do siedziby boskiego żywota!

Ledwie to rzekł, nagle dach runął ze strasznym łoskotem i płomienie wysokie jak góry pochłonęły przyjaciela salamandr.

Żadna miłość nie oprze się rozłące; wspomnienie Jaheli, z początku dojmujące, zatarło się powoli, pozostawiając mi niejasne podniecenie, którego ona już nawet nie była jedynym powodem.

Pan Blaizot zestarzał się i usunął się do swego domku wiejskiego w Montrouge, a mnie odstąpił swą księgarnię w zamian za dożywotnią rentę. Zostawszy na jego miejsce księgarzem przysięgłym pod „Obrazem Świętej Katarzyny”, wziąłem do siebie rodziców, których gospoda już od pewnego czasu była nieczynna. Podobał mi się mój skromny sklep i zacząłem go przyozdabiać. Przybiłem do drzwi stare mapy weneckie i rozprawy ozdobione rysunkami alegorycznymi. Jest to ozdoba staroświecka i cudaczna, ale podoba się zwolennikom pięknych studiów. Wiedza moja, pod warunkiem by ukrywać ją starannie, nie bardzo szkodziła mi w handlu; gorzej dałaby mi się we znaki, gdybym był wydawcą i jak Marek Michał Rey musiał zarabiać na życie kosztem głupoty publiczności.

Trzymam, jak się to mówi, autorów klasycznych, a jest to towar, który ma zbyt na tej uczonej ulicy Świętego Jakuba, której starożytną sławę chętnie kiedyś pragnąłbym opisać. Tu pierwszy drukarz paryski ustawił swe czcigodne tłocznie; Cramoisy, których Guy Patin zwie królami ulicy Świętego Jakuba, tu wydali dzieła naszych historyków. Nim wzniesiono Kolegium Francuskie, lektorzy króla, Piotr Danès, Franciszek Votable, Ramus wykładali tu w szopie, w której rozlegały się kłótnie gałganiarzy i praczek. I jakże nie wspomnieć o Janie de Meung347, który w domku na tej ulicy napisał swoją Powieść o Róży?348

Zajmuję dla siebie cały dom. Jest to dom stary i pamięta co najmniej czasy Gotów349, jak to wnosić można z drewnianych belek, krzyżujących się na jego wąskiej fasadzie, z pięter wysuniętych jedno nad drugim i z pochyłego dachu, pokrytego omszałymi dachówkami. Każde piętro ma tylko po jednym oknie. Okno na pierwszym piętrze jest o każdej porze zastawione kwiatami, zasnute sznurkami, po których wiosną pną się powój i nasturcja; matka moja sadzi je i podlewa. Jest to okno jej pokoju i można widzieć ją z ulicy, ponad szyldem „Świętej Katarzyny”, jak czyta swój modlitewnik, dużymi literami drukowany. Wiek, dewocja i duma macierzyńska dały jej wielce szanowny wygląd; patrząc na jej woskową twarz pod wysokim białym czepcem, przysiąc by można, że to bogata mieszczka.

Ojciec mój, starzejąc się, także nabrał godności w postawie. Ponieważ lubi ruch i powietrze, roznosi mi książki po mieście. Z początku używałem do tego brata Anioła, ale żebrał u moich klientów, kazał im całować relikwie, kradł wino, zalecał się ich pokojówkom i gubił połowę mych książek w rynsztokach naszej dzielnicy. Jak najprędzej odebrałem mu ten urząd, ale moja dobra matka, której on wmawia, że ma sekret, jak dostać się do nieba, daje mu zawsze zupę i wino. Nie jest to zły człowiek i potrafił w końcu wzbudzić we mnie pewnego rodzaju przywiązanie.

Wielu uczonych i ludzi wyższego umysłu uczęszcza do mego sklepu. Jest to wielka zaleta mego stanu, że codziennie obcuję z ludźmi zasłużonymi. Wśród tych, co przychodzą najczęściej przeglądać u mnie książki i familiarnie porozmawiać ze sobą, są historycy równie uczeni jak Tillemont, kaznodzieje, których wymowa dorównywa wymowie Bossueta, a nawet Bourdaloue350, są dramaturgowie przeróżni, cenieni autorzy nowel hiszpańskich, teologowie, którzy łączą czystość obyczajów z gruntownością nauki, matematycy i filozofowie, zdolni, jak pan Descartes, mierzyć i ważyć światy. Podziwiam ich, rozkoszuję się każdym ich słowem. Ale zdaniem mym żaden nie dorównał umysłem drogiemu mistrzowi, którego miałem nieszczęście utracić na drodze do Lugdunu. Żaden nie przypomina nawet tej niezrównanej wytworności myśli, tej słodkiej wzniosłości, tego bogactwa duszy otwartej, rozlewnej jak urny rzek, których marmurowe posągi stawiamy po ogrodach, żaden z nich nie może mi zastąpić tego niewyczerpanego źródła wiedzy i cnoty, z którego miałem szczęście pić w młodości; żaden nie ma nawet cienia tego wdzięku, tej mądrości, tej siły myśli, jakimi błyszczał dawniej ksiądz Hieronim Coignard. Uważam go za umysł najmilszy, jaki kiedykolwiek zakwitł był na ziemi.