— Synu — rzekł mój drogi mistrz, ciągnąc mnie za rękaw — uporządkuj to wszystko w twej głowie: ów krzyż, kołatkę et caetera88, abyśmy mogli jutro odnaleźć te drzwi błogosławione. A wy, łaskawy Mecenasie89...

Ale filozof znikł był już tymczasem, tak że nikt wyjścia jego nie zauważył.

Nazajutrz wczesnym rankiem mistrz mój i ja maszerowaliśmy drogą ku Saint-Germain. Droga była pusta, niebo rudawe, pochmurne, śnieg pokrywał ziemię, wkoło cicho było i głucho. Szliśmy po szerokich wyżłobionych śladach kół pomiędzy murami ogrodów warzywnych, między walącymi się parkanami i niskimi domkami, których małe okna zezem na nas patrzały. Minąwszy dwie czy trzy z gliny i słomy ubite, na pół rozwalone lepianki, ujrzeliśmy na tej rozpaczliwej równinie wznoszący się Krzyż des Sablons. O pięćdziesiąt kroków dalej rozpoczynał się obszerny park, otoczony na pół rozsypanym murem. W murze tym była istotnie zielona furtka z młoteczkiem wyobrażającym szkaradną postać z palcem na ustach; łatwo poznaliśmy, że stosownie do zleceń filozofa jesteśmy u celu naszej drogi; pociągnęliśmy za rękojeść. Dość długo czekaliśmy, zanim zjawił się stary służący i skinieniem dał nam poznać, że mamy iść za nim. Szliśmy przez duży opuszczony park; posągi nimf, pamiętające jeszcze młode lata śp. króla nieboszczyka, kryły pod bluszczem smutek swój i rany, na końcu długiej alei, śniegiem pokrytej, wznosił się ponury zamek z kamienia i cegły, z wysokim a krzywym dachem z glinianych dachówek; zdał on się mi z dala niby zamek Śpiącej Królewny.

Gdy tak szliśmy wciąż za milczącym naszym przewodnikiem, ksiądz szepnął mi do ucha:

— Przyznam ci się, synu, że domostwo to wcale mi się nie uśmiecha; świadczy o szorstkości obyczajów francuskich za czasów Henryka IV90. Przez zaniedbanie i opuszczenie swoje smutek, a nawet melancholię sączy ono w duszę. O ile rozkoszniej byłoby wstępować na czarowne wzgórza tuskulańskie91 z nadzieją, że usłyszymy tam, jak Cyceron w cieniu pinii i cyprysów okalających tę willę, tak drogą filozofom, rozprawia o cnocie.

Czyż nie zauważyłeś też, synu, że na całej tej drodze nie ma ani karczmy, ani jakiego bądź zajazdu? By wypić szklankę świeżego wina, trzeba będzie przechodzić most i iść wzdłuż wybrzeża aż do placu des Bergères. Tam to bowiem na pewno znajduje się oberża pod „Czerwonym Koniem”, gdzie — pamiętam dobrze — jadłem raz obiad z panią de Saint-Ernest, z jej małpą i jej kochankiem. Nie masz pojęcia, Rożenku, jak tam świetnie się jada. „Czerwony Koń” słynie nie tylko z obiadów podawanych tam o wczesnej porze, ale też z licznych i dobrych koni i powozów, które tam wynająć można. Przekonałem się o tym, gdym się uganiał w stajni za pewną służącą, która wydawała mi się ładna. Ładna nie była ona jednak wcale; słuszniej nawet można by ją było nazwać brzydką; ja to, synku mój, krasiłem92 ją w ogniu swych pożądań. Taki bo już jest los człowieka zdanego samemu sobie; błądzimy nędznie, jesteśmy ofiarami złudnych obrazów, gonimy za marami i chwytamy cienie; w Bogu tylko jest prawda i stałość.

Tymczasem za starym sługą wchodziliśmy po rozłażących się stopniach schodów tarasu.

— Niestety — rzekł ksiądz — zaczynam żałować gospody pana ojca twego, gdzie komentując Kwintyliana93, smaczne zajadaliśmy kąski.

Wszedłszy na pierwsze piętro po szerokich schodach kamiennych, zostaliśmy wprowadzeni do salonu, gdzie pan Astarac, siedząc przy ogniu, zajęty był pisaniem wśród opartych o ściany egipskich trumien, mających kształt ludzki, z wiekami malowanymi w święte godła i złoconymi obliczami o podłużnych, błyszczących oczach.

Pan Astarac grzecznie prosił nas, byśmy zasiedli.