— Zostań — zawołałem, zasuwając rygiel.
— Nie wiesz, czy prędko powróci? — zapytała.
— Nie, pani, nie wróci tak prędko. Zostawił mnie samego z salamandrami; z nich pragnę jednej tylko, a tą jesteś ty.
Chwyciłem ją w ramiona, zaniosłem na sofę, na którą wraz z nią upadłem, i całowałem namiętnie. Nie poznawałem siebie. Krzyczała, nie słyszałem jej; odpychała mnie, drapała; daremna jej obrona podsycała tylko mą żądzę. Przykrywałem ją sobą, ściskałem, przewracałem; ciało jej zmiękło i ustąpiło, zamknęła oczy, uległa — i wkrótce poczułem w triumfie, jak ramiona jej bez gniewu już mnie przytulały.
Potem, rozłączeni już niestety z tego rozkosznego uścisku, spojrzeliśmy na siebie zdziwieni. Starając się przyzwoicie wrócić do przytomności, milczała, doprowadzając do porządku zmięte swe suknie.
— Kocham cię — rzekłem. — Jak się nazywasz?
Nie myślałem nawet, by była salamandrą, i co prawda nigdy naprawdę w to nie wierzyłem.
— Nazywam się Jahela — odpowiedziała.
— Co, jesteś siostrzenicą Mozaidesa?
— Tak, ale cicho bądź... Gdyby się dowiedział...