I z wełnianego worka na piersiach wyjął coś niby czarny, lepki naparstek — sam tylko cybuch fajki.
— Mój biedaku — rzekł pan Bergeret — nie wyglądacie na zbrodniarza. Dlaczego więc dostajecie się tak często do więzienia?
Skowronia Nóżka nieprzyzwyczajony był do rozmowy, zupełnie nie umiał jej prowadzić. I chociaż nie był pozbawiony pewnej inteligencji, nie rozumiał od razu znaczenia zwróconych do niego słów. Brakło mu wprawy. Nie zaraz też odpowiedział panu Bergeret, który tymczasem końcem laski kreślił znaki w białym pyle drogi. Skowronia Nóżka rzekł wreszcie:
— Nie robię nic złego. Więc karany jestem za coś innego.
I rozmowa potoczyła się bez zbyt wielkich przerw.
— Chcecie powiedzieć, że wtrącają was do więzienia za czyny niewinne?
— Znam takich, co robią rzeczy złe. Ale szkodziłbym sobie, gdybym o tym mówił.
— Obcujecie z włóczęgami i zbrodniarzami?
— Chce mnie pan na słówka wyciągać. Zna pan pana sędziego Roquincourt?
— Znam go trochę. Surowy jest, nieprawdaż?