Mazure odnalazł w archiwach jakiegoś de Terremondre, który w roku 1793 był terrorystą i prezesem klubu sankiulotów w swym rodzinnym mieście. Zmienił on imiona Mikołaj Eustachy na Marat Ludowiec.
I Mazure czym prędzej postarał się koledze swemu z towarzystwa archeologicznego, panu Janowi de Terremondre, pojednanemu monarchiście i klerykałowi, dostarczyć wiadomości o tym zapomnianym przodku Maracie Ludowcu de Terremondre, o tym autorze hymnu do świętej Gilotyny. Odnalazł też stryjecznego dziadka generalnemu wikariuszowi arcybiskupstwa, imci Goulet lub ściślej, jak sam się podpisywał, Goulet-Trocard. Ten był dostawcą armii i skazano go w 1812 na ciężkie roboty za to, że zamiast mięsa wołowego dostarczył mięsa koni chorych na nosaciznę. Akta tego procesu ogłoszone były w ówczesnym postępowym piśmie departamentu. Pan Mazure zapowiadał jeszcze większe rewelacje o rodzinie Laprat, pełnej kazirodców; o rodzinie Courtrai, której członka w 1814 roku piętnowano żelazem za zdradę stanu; o rodzinie Dellion, wzbogaconej na szacherkach zbożowych; o rodzinie Quatrebarbe, która wywodzi się od dwojga „chauffeurów23”, mężczyzny i kobiety, powieszonych przez ludność na wzgórzu Duroc za czasów Konsulatu. W roku 1860 można jeszcze było spotkać starców pamiętających, że w dziecięcych swych latach widzieli kołyszący się na gałęzi dębu szkielet ludzki, długim, czarnym włosem owiany, straszący konie.
— Wisiała tak przez trzy lata! — zawołał archiwista. — A była to rodzona babka Hiacynta Quatrebarbe, budowniczego diecezji.
— Fakt bardzo ciekawy, ale trzeba go dla nas tylko zachować — rzekł pan Bergeret.
Pan Mazure nie słuchał go. Chciał wszystko ogłosić, wszystko opublikować wbrew woli prefekta Worms-Clavelin, który bardzo rozsądnie mówił, że „należy unikać skandali i powodów rozdwojenia”, i groził archiwiście, iż go każe odwołać z posady, jeśli nie przestanie zdradzać dawnych tajemnic rodzinnych.
— Ach! — zawołał, śmiejąc się złośliwie poprzez zwichrzoną brodę pan Mazure — świat dowie się, że w 1815 roku panna de Gromance miała małego Kozaka!
Od dobrej chwili stali już przed domem pana Bergeret i profesor trzymał rękę na klamce drzwi.
— Jakaż to drobnostka! — rzekł. — Ta biedna panna uczyniła, co mogła. Ona umarła, mały Kozak umarł. Zostawmy pamięć ich w pokoju, a jeśli zbudzimy ją na chwilę, czyńmy to z pobłażaniem... Cóż to za zapał unosi pana, kochany panie Mazure?!
— Zapał dla sprawiedliwości.
Pan Bergeret zadzwonił.