Gdy Eufemia przyszła nakrywać, drgnął przed widziadłem tego małego światka, w którym żył niegdyś, a który teraz uległ zniszczeniu.
Poszedł zamknąć się w swoim gabinecie. Siadł przed stołem, na chybił trafił otworzył „Biuletyn Uniwersytecki”, głowę wygodnie oparł na ręku i z przyzwyczajenia zaczął czytać.
Czytał:
„Uwagi o czystości języka. Języki są jak dziewicze lasy, gdzie słowa wyrosły, jak chciały i mogły. Są słowa dziwaczne, a nawet potworne. Połączone w mowę, tworzą wspaniałą harmonię i barbarzyństwem byłoby przykrawać je jednostajnie jak lipy w parku. Należy szanować to, co w podniosłym stylu określa się jako niedosiężne szczyty”.
„A moje córki — pomyślał pan Bergeret. — Powinna była pamiętać o nich! Powinna była pomyśleć o naszych córkach!”
Potem czytał dalej, nie rozumiejąc:
„Bez wątpienia niejeden wyraz jest dziwolągiem. Mówimy nazajutrz, co znaczy na za jutro, a jasne jest, że należałoby mówić najutrz i to byłoby jedynie prawidłowe. Język wyszedł z gruntu ludowego. Pełen jest ciemnoty, błędów, dziwactw: największą jego pięknością jest naiwność. Urobili go nieucy znający jedynie przyrodę. Przyszedł do nas z daleka, a ci, co nam go przekazali, nie byli gramatykami tej miary, co Noël i Chapsal26
I dumał:
„W jej wieku, w jej położeniu skromnym, ubogim... Bo rozumiem, że kobieta piękna, bezczynna, poszukiwana... Ale ona!”
A że był namiętnym amatorem czytania, czytał mimowolnie: